Austriacki constans

16 maja 2019

Achtung, Achtung i stoimy w korku. Przemierzając austriacką autostradę musimy być przygotowani na utrudnienia.

 

Niezależnie w którą stronę jedziemy trasą przez Wiedeń do Chorwacji, czy Włoch, czy wracamy z tychże, napotkamy pomarańczowe, uliczne pachołki. Jakże uroczo wyglądają one na znakach drogowych przy autostradzie. Mają oczka i wesoło uśmiechają się do kierowców, którym przyjdzie stać w korku. Za każdym razem kiedy przyjdzie mi wybrać się w podróż w tamtejsze strony, czy wracać z nich do domu, na tejże trasie są roboty drogowe. Naprawdę! Odnosi się zatem wrażenie, że remont tamtejszej autostrady to niekończąca się opowieść, a wspomniane pachołki, taśmy zabezpieczające teren prac tak mocno wrosły już w krajobraz austriackiej drogi, że gdyby nagle zniknęły, człowiek poczułby się co najmniej nieswojo, albo pomyślał, że pomylił drogę. Co interesujące – pasy wyłączone z ruchu, to chyba pasy-widma. Nie uświadczysz na nich życia. Czasem trafi się, wydawać się może, porzucona koparka, czy inna maszyna remontowa. Ale człowieka ni ho,ho. Tylko wiatr hula i szeleści  biało-czerwonymi taśmami. Do tego, nie daj Boże, dopadną nas godziny szczytu, no i po sprawie. Stoimy! Przy większym szczęściu bardzo wolno jedziemy.

W myśl zasady: co nas nie zabije, to nas wzmocni, to i w takiej sytuacji trzeba szukać plusów. Zawsze można pokusić się o przejazd trasami bocznymi. Jakże piękne są, cudowne austriackie miasteczka. Malownicze, kolorowe, no jak z widokówki. Korek na autostradzie przyczynić się zatem może do odkrywania uroków austriackich pejzaży. I jeśli jakoś specjalnie czas nas nie goni, bo na przykład nocujemy gdzieś po drodze, naprawdę warto z tej autostrady zjechać, by pięknem tamtejszych terenów się zachwycić, zwiedzić, zobaczyć.

Ponadto co już zupełnie pocieszające, takie widoki rozgrzebanych tras, jak się okazuje, to nie tylko domena polska. Pocieszające? No chyba nie do końca. Mnie nie cieszy bynajmniej fakt, że ktoś ma gorzej, niż ja, albo tak samo źle. Równajmy ku górze, a nie ku dołowi.

Hanna Grabowska-Macioszek