No nie może być inaczej. Maj bez Wisły, to maj stracony.
A jego początek łaskawy słonecznie pozwolił oddawać się mojej ulubionej czynności, jaką jest opalanie. Natomiast nie zabrakło też aktywności fizycznych, które ostatnio naprawdę polubiłam (sama nie wierzę w to co napisałam!?!). A ta aktywność jest wspaniale możliwa rowerowo. Jakiś czas temu w ramach Projektu Rowerem przez Beskidy – taka ciekawostka dofinansowanego przez WFOŚiGW – powstała znakomita ścieżka rowerowa, dzięki której niemal nie zsiadając z roweru można przejechać swobodnie, bez konieczności jazdy po ulicy, z Wisły do Ustronia. Zbliżając się jednak bliżej centrum Ustronia trzeba bardzo uważać, bo ścieżka łączy też trakt dla pieszych i nietrudno tu o niebezpieczne sytuacje. Pędzący rowerzyści kontra piesi i małe dzieci… A rowerzystów jest ogrom, co na pewno cieszy, że ludzie dbają o zdrowy tryb życia i aktywności na powietrzu. Sama niestety doświadczyłam takiego zdarzenia. Sprawdziło się tu doskonale powiedzenie, że życie to sztuka wyboru i mając wybór wjechania w córkę, wybrałam wywrotkę w krzaki. Nie powiem, że było to miłe doświadczenie, a wybór co najmniej kiepski, ale zawsze jakiś był – tak zwane mniejsze zło. Ale wycieczka mimo tego była doskonała, a Ustroń bardzo doinwestował w swoją infrastrukturę turystyczną.










Ileż razy można wchodzić na Soszów? Nie wiem!?! Już nawet nie staram się pamiętać, ile razy odwiedziłam tamtejsze schronisko? Ale obowiązkowo dwa razy w roku – no trzeba! Ktoś zapyta – czyż nie ma innych szlaków? No owszem! I to całe mnóstwo, ale Soszów to maks moich turystycznych możliwości.

Cudownie spędzony czas także w centrum Wisły. Lewdo wróciłam do domu, to już tęsknię.
Hanna Grabowska-Macioszek