… czyli nie tylko Kopernik i pierniki.
Aczkolwiek, jak wiadomo, sława Kopernika i konkurencyjnych niemal pierników przesłania cały Toruń. Mój zachwyt tym miastem śmiałoby można porównać z Krakowem… Choć nie odwiedzany aż tak znowu często, przy każdej okazji wywołuje wspomnienia, refleksję, że ta nasza Polska jest po prostu piękna!
Tym razem spacer toruńskim Starym Miastem zawiódł mnie do teatru… Baj Pomorski! Teatr lalkowy. Zachwycił mnie absolutnie! Mądra, przemyślana i zjawiskowa budowla tak doskonale nawiązuje do toruńskich legend. A przywołują je poruszające się na budynku postacie. Gmach bowiem został zaprojektowany na wzór dawnych lalkowych teatrów ulicznych i poruszające się „lalki” sprawiają wrażenie, jakby „grały” ku uciesze zebranej pod scenką gawiedzi.
Sami zobaczcie, bo trudno „ubrać” to w słowa:
I od razu parę zdjęć wysłałam, jako ciekawostkę, do kierownik literackiej naszego Śląskiego Teatru Lalki i Aktora Ateneum. Oto co mi odpisała: „Jak miło, dziękujemy, Pani Haniu. Widzę, że wybrała się Pani na wycieczkę!!! Toruń piękny, a tę atrakcyjną teatralną szafę zaprojektował czeski scenograf, Pavel Hubička. Jego autorstwa jest też nasze foyer. No i czyż każda wyprawa, nie niesie za sobą zaskoczeń?
A o co chodzi z kaloszem? To przezabawna opowieść mojej babci o dzieciństwie spędzonym w Toruniu właśnie. Tych miast na Pomorzu i w jego okolicach, w których babcia mieszkała, będąc dzieckiem było kilka: Bydgoszcz, Kutno, Wejherowo i właśnie Toruń.
Wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, kojarzy z pewnością słynny toruński most? Dziś nosi imię Marszałka Józefa Piłsudskiego. Zanim wybudowano obwodnicę, mostem tym biegła trasa nad morze, czy w Bory Tucholskie. I w czasach, kiedy jeszcze z pewnością, most nie był tak oblegany, moja babcia bawiła się na nim ze swoimi braćmi – gagatkami (jak często ich w swoich opowieściach nazywała). Byli wówczas małymi dziećmi. Najwyraźniej niezaopiekowanymi należycie, bo tata babci w tym czasie łowił sobie beztrosko rybki w Wiśle. I pech sprawił, że mojej babci z tego mostu spadł kalosz z nogi prosto do Wisły. Blady strach padł na całą trójkę rodzeństwa, bo przewidywali, że babcię spotka awantura, a „chłopakom” oberwie się przy okazji, że nie dopilnowali siostry. Nic takiego jednak się nie stało. I co prawda tata bynajmniej nie złowił kalosza na wędkę, ale jak opowiadała babcia, wzruszył ramionami i powiedział: ” No i cóż wielkiego? To trzeba było też drugi zrzucić. Przecież nie będziesz chodziła w jednym”. I roześmiał się co najmniej serdecznie. Tata babci, mój pradziadek nie przejmował się – podobno – niczym, a na pewno nie utopionym w Wiśle kaloszem.

Toruń ponad wszelką wątpliwość to jedno z takich miast, do których mogę stale powracać. Polecam wycieczkę nie tylko śladami Kopernika!
Hanna Grabowska-Macioszek