Z folklorem we Francji

22 września 2015

Słońce, żar, duchota, zabawa. I taniec! Pod takim hasłem minęły tegoroczne wakacje.

 

FB_IMG_1437597239041W połowie lipca razem z Zespołem Pieśni i Tańca „Chorzów” udałam się na festiwal do Francji. Był to pierwszy tak duży wyjazd naszej średniej grupy. Ciężko pracowaliśmy na próbach i dobrze prezentowaliśmy się na różnorodnych występach, aby osiągnąć wysoki poziom i zostać dumą MDK „Batory”. Wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani i rozemocjonowani. Nie wątpiliśmy, że będzie fajnie. Jechaliśmy wieczorem, więc rankiem następnego dnia byliśmy u celu. Na sześć dni zamieszkaliśmy w domu kultury, mieszczącym się nieopodal serca festiwalu. Rozpakowaliśmy nasze rzeczy, włączając w to śląskie stroje i poszliśmy odpocząć. Niestety, trudne było zachowanie ciszy, ponieważ cała nasza grupa, oprócz instruktorów i kapeli, była razem w jednym pokoju. Jakoś po południu część z nas wybrała się na krótkie oględziny.

Seebach, miasteczko znajdujące się niedaleko francusko-niemieckiej granicy, posiadało niezliczenie dużo wspaniałych domków, a większość z nich okalały rozmaite kwiaty. Patrząc na tak spokojną okolicę, zastanawialiśmy się, czy ktokolwiek będzie nas oglądał. Na szczęście mieliśmy się tego dowiedzieć wieczorem, gdyż wtedy zaplanowano nasz pierwszy występ. Było bardzo ciepło, około 40 stopni Celsjusza, a perspektywa noszenia śląskich strojów w samo południe była przerażająca, więc cieszyliśmy się, że występujemy późno.

Festiwal był tematyczny, a w tym roku motywem przewodnim były polskie tańce ludowe, dlatego troszkę się stresowaliśmy, bowiem chcieliśmy zaprezentować się jak najlepiej. Godzinę przed występem dziewczyny zaczęły się ubierać, układać fryzury i zakładać wianki, natomiast chłopcy mieli jeszcze chwilkę dla siebie. Po naszym wspólnym szykowaniu wyszliśmy na zewnątrz i jak się okazało, było tam pełno ludzi! Byliśmy lekko zaskoczeni, że jest ich tak sporo. Spokojnie szliśmy przez tłum, a ludzie przyglądali nam się z ciekawością i z uśmiechem na twarzy. Niektórzy zatrzymywali nas i prosili o zdjęcie. Poczuliśmy się wyróżnieni i dobrze przyjęci, więc już z mniejszym stresem zmierzaliśmy ku scenie. Kiedy nadszedł na nas czas, kilka osób zaczęło powtarzać (jak przed każdym występem) podstawowe przypominajki.

Pamiętajcie, uśmiech.

Nie zapomnijcie, idźcie z palców.

Pary, patrzcie na siebie.

Chłopcy, wyprostowane plecy.

Choć każdy pamiętał te rady i tak je mówiliśmy, było to u nas automatyczne. Gdy wyszliśmy na scenę, a zaczynaliśmy śpiewem, ludzie zaczynali się powoli zatrzymywać. Jednakże gdy zaczęliśmy tańczyć Suitę Śląską, widownia odżyła i rozpoczęła zabawę. Niektóre dzieci łapały się za ręce i podskakiwały w rytm muzyki, a dorośli klaskali. Mając przed sobą taki widok, trudno było się nie uśmiechnąć. Po zakończeniu nie opuszczała nas folkowa aura. Śpiewaliśmy znane nam przyśpiewki oraz śmialiśmy się głośno.

Mimo dobrego przyjęcia i sympatycznych ludzi, festiwal nie należał do najłatwiejszych. Mieliśmy trzy, czasami cztery występy dziennie, a do tego paradę w samo południe. Warto tu nadmienić, że cały nasz artystyczny program trwał czterdzieści minut, a niekiedy był rozdzielany na dwie części po dwadzieścia. Jednakże daliśmy radę i bawiliśmy się świetnie! Nie było to dla nas katorgą, ponieważ z przyjemnością występowaliśmy. Poznaliśmy także kuchnię francuską, która była dla nas nie lada wyzwaniem. Najbardziej smakowała mi maca z jabłkami posypanymi cynamonem. Mimo że nie przepadam i za jednym, i za drugim, pochłonęłam kilka sporych kawałków.

Oczywiście nie zabrakło wycieczek! Udaliśmy się do Strassbourga i Wissembourga. Wspaniałe miejsca i widoki. Strasznie spodobało mi się pianino, które stało na środku trawnika oraz piękne domki zbudowane „murem pruskim”. Obydwa miasta wywarły na mnie ogromne wrażenie. Nawet jechałam tramwajem w Strassbourgu, którym dostaliśmy się do Parlamentu Europejskiego. Mogliśmy tam wejść, ponieważ nie było aktualnie żadnych obrad. Na samym środku stała wielka kula. Był to podarunek od naszych rodaków, gdyż to my zrobiliśmy słupy, na których są powieszone flagi krajów europejskich.

W przeddzień naszego wyjazdu, mieszkańcy Seebach oraz ich burmistrz zaprosili nas na wspólną kolację. Atmosfera była obłędna. Nasz zespół wręczył kilka prezentów w postaci lalek noszących polskie stroje ludowe, natomiast instruktorzy dostali prawdziwe, francuskie wino. Dowiedzieliśmy się także, że w festiwalu uczestniczyło piętnaście tysięcy ludzi! Był to dla nas szok. Na szczęście wywarliśmy bardzo dobre wrażenie na mieszkańcach oraz przejezdnych, aby nam to udowodnić, zamieścili artykuł o naszym zespole w tamtejszej gazecie. A ja wraz z moją koleżanką Kamilą roznosiłyśmy polskie cukierki, m.in. Raczki i Michałki. Miło było widzieć, jak się cieszą i próbują podziękować po polsku.

Mam nadzieję, że będziemy mieli więcej takich wyjazdów, bo ten z pewnością należy do tych udanych i niezapomnianych!

 

Tekst i foto: Kinga Kołodziejczyk