Tryptyk – droga, morze, kolumny

17 października 2016

20160716_100447Wędrówka nie ma końca. Idziemy długą, asfaltową drogą, pnącą się ku górze, podobnie jak rośliny na poboczach. W tej temperaturze topi się wszystko. Słone krople potu spływają po czole, nosie i policzkach, myśli skrzętnie ukryte pod czaszką, ulatują spod niej śpiesznie.

Architektura w Mati wcale nie przypomina kopulastych biało-niebieskich domków z widokówek, chociaż to jako pierwsze przychodziło mi na myśl, gdy wyobrażałam sobie Grecję. To kolorowa zbitka różnorodnych budynków, a każdy inny od poprzedniego. Właściciele powariowali ze strachu przed swoją powtarzalnością.

Wysokie drzewa słusznie zaścielają niebo, przeplatając swe pnie z słupami wysokiego napięcia. Pomiędzy nimi płyną czarne kable i nie sposób zapomnieć o ich obecności, bo każda minuta istnienia tutaj jest definiowana miarowym cykaniem prądu. Gdy rytm serca zaczyna dostosowywać się do tej osobliwej muzyki, a uszy przyzwyczajać do jej dźwięków, wiesz już, że tu należysz. Musimy wierzyć, że jeśli pójdziemy przez życie bez strachu i bez niepewności, Bóg z powrotem skieruje nas na dawne drogi, z których zbłądziliśmy. Być może na końcu mojej drogi czeka Mati.

 

Powiem Wam coś o morzu. Ono nigdy się nie zmienia. Nie może wyparować niespodziewanie, spłynąć jak po wyciągnięciu korka z wanny, nie może zostać wypite, nie może podnieść swojego poziomu ani go obniżyć. Możesz spędzić nad nim całe życie, ale gdy Ty będziesz dorabiał się zmarszczek i siwych włosów, ono pozostanie w jednakowym stanie. Możesz spocząć na jego dnie, ale ono pozostanie tak samo niewzruszone.

Ale najwspanialsze w nim jest właśnie to, że nigdy nie jest takie samo. Słodka nieskończoność wodnych tytanów, każdy z nich próbujący prześcignąć następnego. Tak samo jak niewykonalnym jest policzyć wiecznie poruszające się bałwany na szczytach fal, nie można określić koloru morza. W spokojne dni, kiedy powierzchni wody nie wzburza najdelikatniejszy wiaterek, tafla jest gładką twarzą śpiącego. Ale nazajutrz, gdy przychodzisz na spotkanie z nim, biorąc go za starego przyjaciela, ono odkrywa przed Tobą nowe tajemnice.

Dzisiaj Morze Egejskie ma trzy barwy. Pierwsza kojarzy się z iskrą ognia podskakującą na palniku kuchenki gazowej. Cały basen, płonąc błękitem, odbija się w oczach. Ale nagle gaśnie, zalany zielenią tak delikatną, że balansuje na platformie wody wraz z bielą. Kolory tańczą, przeplatając się wzajemnie aż do granicy, gdzie morze przybiera barwę lazuru pięknego i oślepiającego.

 

Potężne, marmurowe kolumny wystrzeliwują w niebo. Ich nogi oplatają brudne okablowania, talie – metalowe rusztowania. Kamień w wielu miejscach przetarł się i porysował, a niektóre elementy zastąpiono nowymi. To, co miały za zadanie utrzymywać, już dawno odeszło. Więc stoją tu, jasne i czyste, ze świadomością, że kiedyś były częścią czegoś wielkiego. Pomyśl, jak samotna musi być pieśń ateńskiej kolumny na Akropolu. Ale czy ludzie – te małe, pędzące naprzód istoty wysłuchały jej kiedykolwiek? Czy ktoś spytał kolumnę, czy chce być ratowana?

Może, gdy objąć wzrokiem widnokrąg, nie ma tam nic, prócz białych domów, a żaden z nich znajomy? Może bogowie, na cześć których ją wzniesiono, już dawno umarli? Dlaczego wszystko wokół niej rozsypuje się w proch, a ona musi stać? Przecież nie pozostał nikt, dla kogo miałaby to robić.

Zbyt wiele ludzi wchodziło na Akropol, mówiąc, że mogą go podbić, zdławić, zniewolić. Każdym z nich kierowały te same ludzkie namiętności. Chciwi, gniewni, zaślepieni. Jak kamienne budowle miałyby to zrozumieć? Jak miałyby poczuć to, co czują ludzie? Być może nigdy nie będą w stanie.

Ale gdy na Akropolu zostanie ostatnia ateńska kolumna, ludzie usłyszą jej pieśń.

20160716_101051

Tekst i foto: Martyna Borowiecka