Przeczołgani przez wojnę

14 kwietnia 2015

Rozmowa z Louisą Young, autorką powieści „Wciąż czekam”

 

We „Wciąż czekam” podejmuje pani temat powrotu żołnierzy z I wojny światowej. Czy piekło żołnierzy z okopów to popularny w literaturze brytyjskiej temat?

LOUISA YOUNG: Tak, bardzo! Najbardziej znana jest chyba autobiograficzna proza Roberta Gravesa „Wszystkiemu do widzenia”, ale ten temat pojawia się choćby u Rebeki West w „Powrocie żołnierza” czy słynnej powieści Virginii Woolf „Pani Dalloway”. Ważną część powojennego dziedzictwa stanowi też poezja, wojna znalazła odbicie w twórczości tzw. „poetów wojennych” (w Wielkiej Brytanii określa się tym mianem przede wszystkim tych poetów, którzy pisali o I wojnie światowej – przyp. K.C.). Najbardziej znani z nich są wspomniany już Graves, Siegfried Sassoon, Wilfried Owen, Isaac Rosenberg i Ivor Gurney. W ostatnich latach powstały zaś doskonałe powieści Pat Barker, Sebastiana Faulkesa, Kamili Shamsie i Michaela Morpurgo.

Czy „Wciąż czekam” napędzało pytanie: co stało się z tymi chłopakami, którzy poświęcili życie ojczyźnie, a wrócili do domu jako dwudziestokilkuletni starcy?

LY: Tak, myślałam o tym, w jak okrutny sposób wojna może poprzez samą swoją brutalność wypaczyć życie najmłodszych, najmniej doświadczonych ludzi, przeczołgać ich tak, że wrócą jako doświadczeni, ale zniszczeni mężczyźni. W dzisiejszych czasach mamy dużo więcej zrozumienia dla tych, którzy znajdują się w podobnej sytuacji. Okazujemy im też więcej wsparcia. Po I wojnie światowej na nic podobnego nie mogli liczyć.

Co zastali w domach ci, którym udało się wrócić z Wielkiej Wojny?

LY: Powracający żołnierze najczęściej natykali się na ludzi, którzy zupełnie nie mieli pojęcia przez co ich bliscy przeszli i nie byli w stanie zrozumieć, jak wojenna trauma może człowieka wyniszczyć. Ludzie, którzy zostali w domach, nie zdawali sobie sprawy z tego, że obrażenia wojenne mogą być zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

„Potrzebowali jedynie naszych ciał do wykonywania ich rozkazów. Nasze głowy się nie liczyły” – mówi główny bohater „Wciąż czekam”, Riley Purefoy. Jak przywitano powracających bohaterów?

LY: Niewątpliwie niemal wszyscy szanowali ich i pragnęli im pomóc, ale żołnierze nie tylko przeszli przez wojnę – stracili również szansę na uzyskanie wykształcenia, zdobycie pracy, a nierzadko także na założenie rodziny. Musieli zbudować swój świat na nowo. Sądzę, że ogrom tego zadania był niedoceniany.

Ofiarami wojny nie byli jednak tylko jej uczestnicy. Kobiety, które zostały w domach cierpiały nierzadko w podobnym stopniu, tym bardziej, że nie były w stanie zrozumieć powracających mężczyzn.

LY: Tak, był to inny rodzaj cierpienia. Do kobiet oczywiście nie strzelano, nie było ich na polu bitwy, ale cierpienia mężczyzn były tak ogromne, że ból kobiet często się lekceważy. Ktoś przecież musiał zarobić pieniądze i nakarmić dzieci, dlatego kobiety podejmowały się „męskich” zajęć w trakcie nieobecności partnerów, kiedy zaś żołnierze wrócili, trzeba było jakoś rozwiązać problem zatrudnienia – panie nie chciały tak po prostu wrócić do domów i znów nie mieć większego wpływu na swoje życie, a powrót mężczyzn do domu nie rozwiązał tego problemu. W 1919 roku przynajmniej częściowo doceniono wysiłek wojenny kobiet, przyznając im prawo głosu.

Riley ma poważny problem – podczas wojny stracił szczękę i nie radzi sobie z tym, jak wygląda, co odbija się w jego podejściu do ukochanej.

LY: Problem Rileya to coś więcej niż kłopoty z wyglądem – został mocno oszpecony, ale ma przy tym przewlekłe problemy z jedzeniem i mową. Jest takie słynne ślubne zdjęcie strasznie okaleczonego amerykańskiego weterana i panny młodej, które pokazuje, że w gruncie rzeczy niewiele się przez ostatnich sto lat zmieniło. Ludzie nadal są bezwzględni dla tych, którzy wyglądają „inaczej” albo są w jakiejś mierze niepełnosprawni. Nie chodzi nawet o to, że chcemy być okrutni, ale kiedy ostatnio zdarzyło nam się widzieć w telewizji kogoś z pokiereszowaną twarzą w innej roli niż „tego gościa z pokiereszowaną twarzą”? Kiedy ostatni raz na okładce magazynu albo w reklamie widzieliśmy kogoś, kto nie jest piękny (albo przynajmniej „normalny”)? Zaangażowałam się w organizację dobroczynną Changing Faces, zajmującą się tymi, którzy nie mogą cieszyć się zwykłym spokojnym życiem przez to jak ludzie reagują na ich zniekształcone twarze.

Wracając zaś do Rileya i jego relacji z Nadine – tak, myślę, że dziś łatwiej byłoby im rozwiązać nieporozumienia, ponieważ rozmowy o seksie uchodzą dziś raczej za coś zwyczajnego, no i dużo bardziej akceptowana jest aktywna rola kobiety w związku, a jeszcze w międzywojniu kobieta musiała czekać na to, co zrobi jej partner.

Riley stracił szczękę podobnie jak bohater innej powieści rozgrywającej się po I wojnie światowej, „Do zobaczenia w zaświatach”. To pewnie przypadkowa zbieżność, ale zastanawiam się, czy miała pani w rękach powieść Pierre’a Lemaitre’a?

LY: Tego rodzaju obrażenia były wówczas dość powszechne, ponieważ podczas wojny w okopach to głowa jest najbardziej narażona na urazy. Szczęki rekonstruowano, wykorzystując gumę i skórę czaszki. Powieści Lemaitre’a nie czytałam, ale słyszałam o niej i brzmi to bardzo ciekawie. Muszę do niej zajrzeć!

Peter Locke, wykładowca z Oxfordu, czytelnik Homera, dowódca, który zawiódł – zmaga się z alkoholizmem. Dlaczego czyta właśnie Homera?

LY: Czyta Homera, ponieważ opowiada on o wojnie i powrocie z wojny, ale też dlatego, że pokolenia Locke’a to byli dobrze wykształceni mężczyźni, znający klasykę. Wszyscy dżentelmeni czytali wówczas Homera. Czyta go również dlatego, że ludzie uzależnieni mają tendencję do popadania w obsesję. Locke nie chce rozmawiać z nikim, kto nie wie, przez co musiał przejść i co zrobił, ale tak naprawdę nie chce mieć też nic wspólnego z tymi, którzy wiedzą, co się wydarzyło i jaka odpowiedzialność spoczęła na jego barkach. Zatraca się więc w bitwie o Troję. Starożytni wojowie stają się jego jedynymi towarzyszami.

Skąd w brytyjskiej literaturze tak bogata tradycja wielkiej powieści historycznej, że wspomnę choćby Roberta Gravesa czy Hilary Mantel?

LY: Mamy po prostu wiele dobrych historii do opowiedzenia i fascynującą historię za sobą.

W jakiej mierze ta tradycja kształtuje pani prozę?

Bardzo trudno mi to ocenić. Wychowywałam się wręcz pogrążona w rodzimej historii i literaturze, dlatego trudno mi ocenić, co z tego wszystkiego jest moje, a co wynika z angielskiej tradycji literackiej. Myślę jednak, że ta tradycja ogromnie wpłynęła na moje pisarstwo. Pisać można się nauczyć tylko poprzez lekturę.

The Times napisał, że „Wciąż czekam” to najlepsza powieść poświęcona powojennym doświadczeniom. Czy to był największy komplement, z jakim się pani zetknęła?

LY: Na pewno był to jeden z przyjemniejszych komplementów. Podobało mi się także porównanie z Jamesem Joyce’em i opinia, że powinnam dostać Nagrodę Bookera.

Ile czasu zajmuje pani przygotowanie do pisania takiej powieści jak „Wciąż czekam”? Przez co musiała się pani przekopać?

LY: Ciągle czytam i z reguły trudno mi ocenić, czy można to określić mianem przygotowań, czy też nie. Pomysły i przydatne informacje wyskakują z najbardziej nieoczekiwanych miejsc. Kiedy piszę, staram się czytać jedynie rzeczy z epoki, o której piszę, żeby mieć do czynienia jedynie z tym, co mogli czytać bohaterowie mojej powieści. Nie czytam nigdy współczesnych powieści historycznych poświęconych epoce, którą aktualnie się zajmuję.

Czym chce się Pani zająć po „uporaniu się” z tetralogią poświęconą I wojnie światowej?

LY: Mam teraz sporo pracy, bo piszę trochę dla telewizji, pracuję nad pamiętnikiem i thrillerem psychologicznym.

Rozmawiał Krzysztof Cieślik