Witaj majowa jutrzenko

30 kwietnia 2016

Maj, to szczególny miesiąc, bo i wiosna wkoło, drzewa strzelają pąkami, wiatr cieplejszy, gdzieś tam zaśpiewa skowronek i jakby nam wręcz nieco lat ubyło.

 

Już dawnymi czasy, by nacieszyć się budzącą się do życia przyrodą, organizowano tak zwane majówki. Niejednokrotnie jeszcze wozami konnymi przystrojonymi kwieciem, nad wyraz skromnie acz spontanicznie, a celem bywały lasy kochłowickie, Muchowiec czy Dolina Trzech Stawów. Zwykle nie zabrakło kogoś z akordeonem, więc i wesołe przyśpiewki towarzyszyły takiej wyprawie. W czasach PRL-u, wcale nie takich szarych, burych i ponurych, jak się dzisiaj wydaje zwłaszcza tym, którzy wówczas chodzili jeszcze w krótkich spodenkach, wszelkie majówki również były bardzo popularne, zwłaszcza wśród młodzieży. Autobusy do Szczyrku czy pociągi do Wisły pełne były rozbawionej młodzieży, niejednokrotnie przy dźwiękach gitar udających się gremialnie na majówkę. Można było przy okazji spędzić miłe tete a tete z bliską osobą na tak zwanej kwaterze prywatnej. Nieraz wyjazd bywał nieco opóźniony, bo rankiem trzeba było iść na pochód pierwszomajowy. Była to niezła zaprawa przed wyjazdem, bo zwykle komunikacja miejska nie funkcjonowała, więc w drodze na zbiórkę pozostawał krok marszowy w rytm rozlegających się z głośników budujących pieśni masowych, jak „Miliony rąk, tysiące rąk, a serce bije jedno…” lub „Dalej chłopcy, dziewczęta do roboty, do roboty…” Problem, by wcześniej urwać się z pochodu mieli ci, którym uprzednio wręczono szturmówkę, bo co z nią począć? A potem już dziarsko na majówkę! Po transformacji ustrojowej, zwłaszcza po dość szokowym uwolnieniu cen, większości już nie bardzo było stać na spontaniczną majówkę, więc przemiły zwyczaj jakby nieco przygasł. W międzyczasie nastał kapitalizm z ludzką twarzą, a zaraz po nim zaczęły powstawać stacje benzynowe i supermarkety. Te ostatnie rosły jak grzyby po deszczu i wnet zapełniły wszelkie peryferia. Przyszedł do nas zachód, więc większość uległa tej modzie, rozmachowi i towarzyszącemu temu zjawisku splendorowi, to i weekendy i majówki zaczęto spędzać w….supermarketach. Do czasu, aż spowszechniały i zaczęły zamykać swe podwoje w weekendy właśnie. Niebawem jednak w tychże supermarketach pojawiły się przyrządy do grillowania. Zupełna nowość, a jednak strzał w dziesiątkę naszych handlowców, bo wnet podaż wzrosła na tyle, że tak zwanych grilli zaczęło się pojawiać dziesiątki, różnych, różnistych, okrągłych, prostokątnych, z daszkiem lub bez, całkiem wypasionych i jakich tylko. A obok zgrabne woreczki z węglem drzewnym i specjalną rozpałką. Pomysł chwycił na tyle, że odtąd rodacy każdą majówkę spędzają głównie na grillowaniu. Do dalszego rozpowszechniania tego zwyczaju dołączyły wszystkie tabloidy prezentujące dziesiątki sposobów i receptur na udane grillowanie, zaś w supermarketach pojawiły się gotowe do grillowania różnego autoramentu mięsiwa, już przyprawione, posypane czym trzeba, za odpowiednią rzecz jasna cenę. Kto nie ufa produkcji masowej, kupuje kawał karczku i przez dobę przed majówką poddaje go kąpieli w solance, moczeniu i bejcowaniu. Nie raz te zabiegi mogą nie być do końca skuteczne, bo nasze mięsiwa często obcują z Tablicą Mendelejewa i potem kawałek z grilla może okazać się niestrawny. Ale co tam, pozostają jeszcze niezliczone gatunki kiełbas, też niestety upchnięte w mało zjadliwe folie, a do tego szeroka gama wszelakiego drobiu. Charakterystyczny zapach grillowanego mięska drażni organy powonienia także wokół ogródków działkowych, gdzie ochoczo grillują działkowicze, racząc się czasem czymś mocniejszym, bo do grilla wypada, a nawet trzeba. Zdarzyło się nawet kiedyś komuś grillować na balkonie w bloku, póki zdezorientowani sąsiedzi nie wezwali straży pożarnej. Grillowanie na majówkach osiągnęło taką popularność, że doprawdy trudno o kawałek polany, przecinki leśnej czy skweru, nad którym nie unosił by się charakterystyczny zapach pieczonego mięska, skropionego dla bardziej wyrazistego smaku odrobiną piwka. Oj, ciężkie majowe czasy nastały dla wszelkiego rodzaju jaroszy i wegetarian, ale zawsze można przecież zjeść kawałek rybki, rzecz jasna z grilla!

 

Pi-Gall