Bo to ona była niegdyś najważniejsza.
Do tradycji świątecznych należały tez między innymi korowody kolędnicze. Na zdjęciu wizyta kolędników w jednym z domostw w Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie” podczas imprezy Śląsko Wilijo
I tak chyba jest też do dziś. Bo to właściwie wszystkie przygotowania do świąt skupiały się wokół tej najważniejszej i jedynej tak uroczystej wieczerzy w roku. Obecnie zapewne też w wielu domach tak jest, aczkolwiek jak mówi słynny śląski gawędziarz Marek Szołtysek, z którym spotykam sie w Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”, rozważania na temat Williji należałoby rozpocząć od tego, by ją odkomercjalizować i odamerykanizować. – Myślę, ze najpierw należałoby zrobić listę rzeczy, których ze śląskiego punktu widzenia absolutnie nie powinno być! Bo ani to jemioła, ani świecące reniferki, sanie, żadne czapki czerwone z bąblem, te laseczki na choince – to wszystko jest amerykańskie – uważa Marek Szołtysek.
Dla odwiedzających śpiewał między innymi Zespół Jaśkowiczanie z Jaśkowic
Wilijo – dzień poprzedzający Boże Narodzenie i przez niektórych uważany już za święto samo w sobie. – Teraz dodatkowo mamy ten dzień wolny od pracy, więc ranga tego dnia od razu wzrasta i to niekoniecznie wśród ludzi wierzących, ale wszystkich, bo mamy kolejny dzień do świętowania. Na całym świecie ludzie cieszą się z
Bożego Narodzenia bez względu na ten wyznaniowy wątek, bo wtedy po prostu fajnie jest i miło – zauważa.
A gdybyśmy chcieli zrobić śląskie święta? – Śląskie święta to śląsko Wilijo. Na nią ten akcent jest położony bardzo mocno, że właściwie pierwsze i drugie święto to dodatek do Wigilii. To przecież nawet widać po jedzeniu, bo nie ma tradycyjnych potraw śląskich serwowanych w Boże Narodzenie i drugi dzień świąt. To co jest świąteczne, to zostało już zjedzone w trakcie Wigilii. Albo prawie, bo tych makówek narobilimy tak dużo, ze i do Nowego Roku nam starczy, ale to wszystko jest dodatek. Rozprawiając o świetach na Śląsku, mówimy, myślimy tylko o Wigilii – stwierdza Marek Szołtysek.
Jak podkreśla, między bajki można włożyć też 12 potraw, bo śląska Wigilia jest skromna, co nie oznacza, że biedna, bo jedzenia jest sporo. – Co do zupy możemy się wadzić, czy to ma być barszcz czerwony, czy grzybowa. Ludzie teraz gotują jakieś żury, kwaki, a tak naprawdę to wszystko jest w zastępstwie siemieniotki, dlatego że niewiele osób ja lubi, albo już nie pamięta, jak się ją przygotowuje. Potem ta kapusta… Z grochem, albo grzybami. Słyszałem, że niektórzy dodają też fasolę. Ten dodatek jest mniej istotny. Do tego ryba – karp no i kartofle, kiedyś zanim odkryto kartofle, to były krupy, czyli po prostu kasza. Wilijo jest starsza nawet od kartofli. A na deser makówki i moczka, co równało się z tym, że człowiek niepotrzebnie aż tak się obżerał i tuczył – zaznacza Marek Szołtysek.
Ważnym aspektem drzewiej zanim do Wiliji zasiadano była modlitwa. A potem wspólne ucztowanie, śpiewanie kolęd, odwiedzanie bliskich, sąsiadów. Co istotne gościna odbywała sie zawsze w drugi dzień świąt. Wigilię i Boże Narodzenie spędzało się zawsze tylko z najbliższymi domownikami.
Hanna Grabowska-Macioszek