Śląska wigilia – poważna sprawa

23 grudnia 2017

Jeśli rzecz o wigilii na Śląsku, to pewnym jest, że to rzecz bardzo na serio. Jak w niemal żadnym innym zakątku Polski, czy świata tutejsi mieszkańcy oczekują jej i przygotowują się do niej bardzo pieczołowicie.

 

Co oznacza Śląsko Wilijo? – To jest coś bardzo konkretnego – mówi znawca i badacz regionu i kultury śląskiej, a także słynny śląski gawędziarz Marek Szołtysek. – To nie jest takie ogólne powiedzenie, jak to w ogólnopolskich mediach się słyszy, że ta wigilia to coś tam: że cała rodzina się spotyka, że śpiewają kolędy, że mają choinkę.., ale jakby tak faktycznie wycisnąć z tego stwierdzenia taką przysłowiową gąbkę, to niewiele w niej będzie treści. Natomiast Śląsko Wilijo to jest absolutnie wielosetletnia tradycja – podkreśla Marek Szołtysek.

Jak snuje swoją opowieść o Śląskiej Wiliji Marek Szołtysek, sięga ona – co ciekawe – tradycji pogańskiej. – Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to paradoksalnie, ale Ślązoki już miały makówki w czasach pogańskich, kiedy jeszcze nie słyszeli o Bożym Narodzeniu. Świętowano wówczas jak gdyby przybywanie słońca. Kiedy mamy przesilenie zimowe 23, 24 grudnia ten dzień nam się odrobinę wydłuża. Zaczyna dochodzić po minucie dziennie tego dnia. To było pogańskie święto. Wtedy jedzono potrawy z maku, z suszonych owoców, a potem już tylko zmieniła się istota, bo przestali celebrować wydłużanie się dnia, a zaczęli właśnie narodzenie Chrystusa – mówi Marek Szołtysek.

Wilija z pogańskiej zmieniła się w chrześcijańską za sprawą chrztu Śląska. Interesujące, że początkowo sceptycznie do wigilii podchodzili duchowni. Mając z pamięci jeszcze niedawne pogańskie czasy, bardzo ostrożnie przekonywali się do tego zwyczaju, do spożywanych w jego trakcie potraw. Szybko przyjął się zalecany przez kapłanów obyczaj niejedzenia mięsa, traktowany jako typowo kościelny. Nikt jednak nie zastanawia się nad tym, dlaczego w czasach pogańskich nikt w tym czasie nie jadł mięsa. Bynajmniej nie ze względów zachowania postu. Ludzie dawniej żyli po prostu bardzo skromnie, a wręcz biednie. Rzadko kiedy kogoś było stać na taki rarytas. To był za wielki luksus, by mogli sobie na to pozwolić.

Z czasem jednak o czasach przed chrześcijańskich zupełnie zapomniano, a wigilia stała się jedną z najbardziej oczekiwanych na Śląsku wydarzeń w roku. Jak uważa Marek Szołtysek dziś w moczce, czy w makówkach nikt nie dopatrzyłby się żadnego pogaństwa. Jak to się jednak zadziało, że własnie na Śląsku przetrwało tyle potraw z tamtych czasów i ta wigilia na Śląsku jest tak mocno odróżniająca się od innych na terenie Polski? – To jest pewna tajemnica dziejów Śląska. To tak samo jak ze śląską godką. Coś na tym Śląsku jest takiego charakterystycznego, innego, odrębnego, choć oczywiście nie wszystko, bo na przykład na Śląsku nigdy nie śpiewało się śląskich kolęd, ale polskie, takie które śpiewają wszyscy w całej Polsce – zaznacza śląski gawędziarz.

Zdaniem Marka Szołtyska niektóre elementy zostały zakorzenione na gruncie śląskim tak jak chociażby te polskie kolędy, ale typowo inne jest śląskie wigilijne jadło, czy chociażby to Dzieciątko, które tylko na Śląsku przynosi prezenty pod choinkę. – To jest takie radykalnie inne od tego, co się dzieje w innych obszarach kraju. To jest tak super oryginalne, a jednocześnie w doskonałej symbiozie z ogólnopolskimi obyczajami – mówi badacz regionu.

Wigilia i dla Marka Szołtyska jest okresem wyjątkowym. Ta wyjątkowość sięga czasów, kiedy to przed laty po raz pierwszy spędzał Boże Narodzenie poza domem – w Rzymie. – Poznałem wówczas swoją żonę. To były święta 1986/7. Studiowałem wtedy w Lublinie na KUL-u i wyjechałem z chórem uniwersyteckim na Sycylię na Dni Pokoju. Po drodze jechaliśmy przez Rzym i tam spędzaliśmy wigilię. To była taka moja pierwsza wigilia poza domem. Już sam fakt bycia w tym czasie w takim miejscu był atrakcją. Wtedy tam pierwszy raz jadłem taką świąteczną włoską potrawę, którą robią tylko na Boże Narodzenie. Było to coś jakby nasze makówki  – panettone – to taka babka drożdżowa z bakaliami. No i na dodatek poznałem wtedy swoją przyszłą żonę – mówi Marek Szołtysek.

Wokół śląskiej wigilii można rozprawiać bez końca. Zdaniem Marka Szołtyska ciekawym tematem wokół niej jest, czy śląska wigilia może być kiedyś zagrożona? – Czy może nadejść taki moment, kiedy Ślązoki przestaną robić wigilię? Nic nie trwa wiecznie na świecie i być może i taki moment nastać, zatem ważne by o tym mówić, zachowywać te tradycje i obyczaje, by moment ten oddalić – kwituje Marek Szołtysek.

Hanna Grabowska-Macioszek