„Takie tu lasy i takie drzewa, bezdroża, że nie śniło się nikomu… Coś we mnie tańczy, coś we mnie śpiewa. I jeszcze nie chce mi się wracać do domu…”
W schyłek wakacji, nic innego tak bardzo mocno nie wpisuje się jak słowa tej pięknej turystycznej piosenki. I choć smalcu przesolonego z puszki nie zjadłam, a mama w domu nie czekała z plackiem, gdy czas powrotu z wakacyjnych wojaży nastał, no to trzeba było wrócić…
A powrót to łatwy nie był, bo drogowcy, jak zwykle nie zawiedli i na Autostradzie A1 zafundowali wszystkim powracającym z wakacji prawdziwie żółwie tempo z niemal 2-godzinną obsuwą. I tradycyjnie na wyłączonym pasie ruchu tylko wiatr hulał, obrazując prawdziwie demoniczny widok porzuconych maszyn, niczym z jakiegoś motoryzacyjno-budowlanego horroru. Tylko czekałam aż te z nudów ożyją i wówczas na pewno nie byłoby wesoło. Możliwości ucieczki bowiem żadne, a zatem niechybna zagłada uwięzionych w swoich pojazdach pasażerów.
Taka ciekawostka, że przy takim „remoncie” pobierane są opłaty na bramkach. Słabe. Jeśli na autostradzie są aż takie utrudnienia, to opłaty powinny być zniesione, bo za co płacę? Za stanie w korku?
Pocieszające, aczkolwiek słabo, są podobne sytuacje w Austrii. Wieczna dłubanina, wyłączająca pas ruchu, skutkuje korkiem konkurencyjnym do tego w Polsce.
Trudno się zatem dziwić, że nie chce się wracać, a podróżowanie własnym autem staje się wyczynem karkołomnym na miarę rekordu Ginnessa. A jeszcze, kiedy mamy w perspektywie nie tylko koniec wakacji, a wkrótce i lata, i odgrzebanie się z urlopowych zaległości, to chyba gorzej być nie może? Na szczęście miarowy stukot pralki potrafi prawdziwie uspokoić nerwy.
Z tą myślą rzucam się w wir obowiązków…
Hanna Grabowska-Macioszek