Château? A może szalet…

2 listopada 2021

Jak mówi, co prawda, zabawne młodzieżowe przysłowie ten ostatni bywa pełen zalet, ale w tym przypadku?… Sama nie wiem?

Château – z francuskiego zamek, pałac, czy wiejska rezydencja. Oj, tu to na pewno to ostatnie wytłumaczenie pojęcia z naciskiem na wiejska. Jeśli połączymy wiejska i szalet, to o château będzie co najmniej trudno. A co poniektórzy takie aspiracje mają. No jeśli zatem tak, to może przydałoby się pomyśleć o rozbudowie wozowni, bo kiedy za każdą dobę parkingu, którego tak naprawdę nie ma, należy się opłata, to coś tu raczej nie gra. Parkowanie na niby parkingu, jest surowo napiętnowane przez niewiadomokogo: przewodniko-ciecia? A na pewno groźnego pilnowacza, który stresuje hotelowych gości, tapetując niemalże wszystko: samochód, wnętrza pałacowe karteczkami, żeby na JEGO trawniku nie parkować! Bo dbanie o tenże trawnik to wyższa szkoła jazdy. Nikt chyba nie lubi tego typu sytuacji, a szczególnie jeśli uda mu się wyrwać 3 dni na mały urlop. A tu takie nieprzyjemności. Oj, głowę wysoko nosi nasz pilnowacz. Taka uwaga, że jeśli pracuje się w takim miejscu, może wypadałoby mieć nieco więcej ogłady? Bo odniosłam takie wrażenie, że opisywana tu osoba była co najmniej pierwszym po Bogu Prezesem obiektu. W trakcie zwiedzania, atmosfera też dziwna: sztywno, równo i posłusznie…

Obsługa w restauracji, recepcji też nieco niedouczona, a na pewno jakaś taka powolna, olewająca gości. Co chwilę myląca się w zamówieniach… No i potem obserwuje się takie „kwiatki”, jak kelner po całym parku biega z sernikiem na tacy w poszukiwaniu tego, kto sernik ten zamówił. No i na pewno trzeba rozważyć zmianę kucharza. Z tak twardym mięsem chyba jeszcze nie „walczyłam”. To podeszwa chyba byłaby łatwiejsza w obróbce. A kiedy zobaczyłam, jaki bój z gęsią toczy jedna pani, to naprawdę kucharz nadaje się do zwolnienia. Mając, czy pracując w takim miejscu, konieczna jest wiedza, doświadczenie i umiejętności wykraczające nieco poza granice Trzebieszowic.

Zatem szalet, czy jednak château? No jeśli o opcję hotelową chodzi, to lekki remoncik wskazany, ale sam obiekt piękny, z ciekawą historią. I na ogromny plus. Atrakcji dla hotelowych gości nie brakuje, to przyznaję szczerze i uczciwie!

Udokumentowana historia Zamku w Trzebieszowicach (nieopodal Lądka Zdroju) datuje na XV wiek. Pierwotnie był siedzibą rycerską zbudowaną na skalistym brzegu rzeki Białej Lądeckiej (stąd Zamek na Skale). Był budowlą kamienno-drewnianą o charakterze obronnym. No więc jednak  château! Do czasów współczesnych z dawnych murów przetrwały fragmenty kamiennych ścian w piwnicach. O czym przypomina w trakcie zwiedzania przewodnik. Ale już w XVI wieku na ruinach siedziby rycerskiej zaczęła się budowa renesansowego dwór z wewnętrznym dziedzińcem. Dziś dziedziniec pięknie zadaszony, stanowi coś na kształt foyer, gdzie znajduje się kominek ozdobiony dziełem Alfonsa Muchy. Motywy z prac praskiego artysty przewijają się w całym zamku. Zachwycają i są prawdziwą ozdobą. Obywają się tam koncerty, mapingi o historii zamku i wiele innych atrakcji.

Zamek na Skale to historia francuskiego rodu Wallisów, którzy nabyli go pod koniec XVII wieku, stając się pierwszymi i głównymi rezydentami Trzebieszowic. Stary renesansowy dwór został zmodernizowany, wyremontowany jeszcze na zlecenie ostatniego żyjącego potomka Wallisów. Powstała wtedy między innymi oranżeria – dziś hotelowa restauracja.

Zamek ten już w XVIII i XIX wieku w Trzebieszowicach należał do największych atrakcji ziemi kłodzkiej i pokusiłabym się o stwierdzenie, że tak może być i do dziś. Przez wieki przewijały się tam nazwiska króla pruskiego Fryderyka II. Myślę, że taki gość teraz przydałby się tamtejszej obsłudze! Oj, przydałby się! Był i hrabia Ludwik Friedrich von Schlabrendorf. I nawet car rosyjski Aleksander, który – taka ciekawostka – postanowił wyprawić swoje urodziny w Trzebieszowicach. Jak nie trudno się domyślić – działo się!

A zatem wiele historycznych nazwisk, wydarzeń i naprawdę przepiękne wnętrza czynią zamek niezwykłym miejscem, obiektem, który warto zwiedzić ponad wszelką wątpliwość. Myślę, że swobodnie mogłabym taki mieć… Ale jako gość hotelowy, już chyba drugi raz tam nie zawitam.

Hanna Grabowska-Macioszek