Hanna Grabowska-Macioszek  

Na manię pisania cierpię od…kiedy nauczyłam się pierwszych literek. Swoją nieokiełznaną potoczystością wypowiedzi najpierw dręczyłam swoje panie z języka polskiego, potem – czytelników Dziennika Zachodniego i Gońca Górnośląskiego. Przeżyłam też przygodę z zabawą dźwiękiem w Polskim Radiu Katowice. Jednak dziennikarstwo pisane najwyraźniej jest mi po prostu… pisane. A przeze mnie uważane jako najtrudniejsza forma wyrażania swoich myśli i traktowane jako misja, którą pełnię od kilkunastu lat. Praca nad zredagowaniem każdego tekstu, gdzie każde słowo i przecinek trzeba przemyśleć, bardzo mnie fascynuje, a kontakt z ludźmi dostarcza mi energii do działania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PiGall o sobie

Piotr Galman

Gdy w roku 1994 zostałem abonentem raczkującej Telewizji Kablowej, nie mogąc znieść jej notorycznego szwankowania, postanowiłem wylać swe żale na papier i zainteresować nimi lokalne media, najstosowniej Redakcję „Gońca Górnośląskiego”. Nie tylko je opublikowano w formie felietonu w nr 48 z 25.11.1994 r., ale zaproponowano mi stałą współpracę, na co przystałem ochoczo. Zamiłowanie do pisania przejawiałem już w okresie pobierania edukacji, gdy czytano na głos wypracowania z „polaka” mojego autorstwa, przez co wykładowcy nauk ścisłych traktowali mnie z większą wyrozumiałością. Pisywałem potem wiersze, teksty piosenek, kuplety, aforyzmy, opowiadania itp. Reasumując, przez wiele lat ukazywały się w :”Gońcu” moje felietony z cyklu „Dzień jak co dzień”, zaś przez kolejne lata redagowałem rubrykę „Nasi czytelnicy spostrzegli”, a czego nie spostrzegli, to się samemu przyjrzałem. Dla zacieśnienia więzi z czytelnikami w latach 1999 – 2004 prowadziłem Biuro Skarg i Interwencji „Gońca Górnośląskiego” przy ul. Findera 11 w Świętochłowicach. Bieżące felietony z cyklu „Nasi czytelnicy spostrzegli”, czy to z żalem, z zadowoleniem czy zdziwieniem, nieustannie cieszyły się wielkim zainteresowaniem prawie lat 20! Podobno niektórzy czytelnicy „Gońca Górnośląskiego” właśnie od nich zaczynali lekturę….

 

 

To jô… Ojgyn z Pnioków

Urodziłem się w Chorzowie już bardzo dawno temu kilkaset metrów od dawnej po plebiscytowej granicy polsko-niemieckiej. Ojgyn o sobieJestem od bardzo wielu pokoleń Chorzowianinem i pełnej krwi (jeżeli tak można się wyrazić) Ślązakiem. Ale to właśnie miejsce urodzenia i wychowania wpłynęło, i dalej wpływa na moje motywacje, moje zwyczaje, podejmowane działania i moje poglądy.

Zawsze, od dziecka dużo mówiłem i bardzo lubiłem pisać. Miałem swoje epizody piśmiennicze w śląskim tygodniku „Panorama”, w wydawanym w Chorzowie „Gońcu Górnośląskim” i kilku jeszcze innych czasopismach w tym i stricte zawodowych. I nie było wtedy jeszcze miejsca i czasu na fascynację naszą przepiękną śląska mową.

 

Moja przygoda z gwarą śląską, z „naszóm gôdkóm” zaczęła się właściwie od dużego żartu. Otóż w 1994 roku zostałem wybrany chorzowskim radnym (byłem nim dwie pełne kadencje) a ponieważ zawsze (może to jakaś przekora z mojej strony) byłem w opozycji, nie mogłem się przebić ze swoimi poglądami podczas pracy w samorządzie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ówczesna redaktor naczelna „Gońca Górnośląskiego” Elżbieta Kazibut-Twórz, zaproponowała mi stałą rubrykę, felieton na aktualne chorzowskie tematy z tym zastrzeżeniem, by było to pisane gwarą. I to jest prawdziwy początek (1995 r) pisania naszą gwarą.

Tak więc zostałem mimo woli wmanewrowany (przy moim bardzo osobistym  emocjonalnym zaangażowaniu) w pisywanie naszą gwarą. Oparte to było o doświadczenia gdzieś tam zakodowane w podświadomości i o słownictwo z którym stykałem się na ulicy i w pracy. Zaczęło się stopniowe kompletowanie swojego prywatnego słownika a takim momentem zwrotnym była propozycja jednego z przyjaciół, który chciał swego czasu wydać słownik gwary śląskiej. Zebrał około 4,5 tysiąca słówek a mnie zaproponował uzupełnienie słownika o zdania mające zilustrować zastosowanie tych słówek w praktyce, co też w jakieś tam mierze zrobiłem, i następnie zacząłem to już samodzielnie rozwijać, by w tej chwili dysponować słownikiem zawierającym grubo ponad 50 tysięcy słówek, zwrotów i wyrażeń, „ślónskich ausdruków”. I myślę, że nie uzurpując sobie miana „znawcy” czy „dialektologa”, będę się dalej pysznie bawił wymyślając kolejne historyjki, opowiastki, bery i bojki, dalej będę „berôł, gôwyndziół, klyciół i fandzolół bez kukaniô do zadku abo na inksze zajty.”

Do niedawna publikowałem moje ucieszne felietoniki w „Gońcu Górnośląskim” do czasu jego likwidacji, mam autorską audycję w Radiu Piekary oraz publikuję na wielu forach internetowych swoje opowiastki gwarą śląską.

Z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem (po Politechnice Śląskiej) ale już od paru lat na emeryturze.

Obydwie moje babcie i obydwaj dziadkowie byli osobami dwujęzycznymi. Moja babcia ze strony Mamy była rodowitą Ślązaczką mimo, że podstawowym językiem jakim się posługiwała był język niemiecki. Potrafiła też pięknie mówić po polsku, ale najpewniej czuła się mówiąc naszą gwarą, naszą mową. Pisała jednak po niemiecku i to jeszcze pięknym gotykiem. To samo zresztą dotyczyło przodków ze strony ojca ale tam było to bardziej rozmyte, bo wiązało się to i z Wrocławiem, Zabrzem i jeszcze paroma śląskimi regionami.

Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że to wszystko bardzo mocno wpływało na moje późniejsze życie. Nasiąkałem tą śląskością od urodzenia ale staraniem moich rodziców szczególną wagę przywiązywałem do polskiej poprawności językowej, i to do tego stopnia, że po podjęciu pracy zawodowej (była to Huta „Kościuszko” w Chorzowie) najbliżsi nawet współpracownicy nie podejrzewali mnie o to, że jestem Ślązakiem, że jestem „samtyjszy”.

Zgrabnie to opowiedziałem. A teraz to może już po naszemu.

Pytajóm ci sie mie ciyngiym i bele kaj roztomajte ludzie skondyś ty Ojgyn jes?

Anó, samstónd, Ślónzôk ze Łojców i Starzików. Żôdyn tam krzôk, ani tym barzij ptôk, ino tyn pniok, kierego ze tyj ziymi blank wytargać sie niy dô.

Bakołech jak przinôleżi śtyrdziyści lôt we werku, we Hucie „Kościuszko”, łod sztifta na „Morganie”, na takim walcwerku, kaj sie wrzawe do cerwióności żelazło łowijało cangami naobkoło siebie. Niyskorzij prziszło ci na mie  sztudiyrowanie na Politechnice Ślónskij, bo piyrwyj, jesce za bajtla, Fater przed skónaniym zawdy mi gôdôł:

– Ucz sie synek, ucz, bo cie żôdyn gorol, kiery sam na Ślónsk przicióngnół i festelnie sie terôzki roztopiyrzo, niy bydzie miôł we zocy.

Gôdôł tak, ale to bóło choby we takij górzkij powiarce:

– „Ucz sie chłopcze, ucz, bo nauka to potęgi klucz!”

A moja jedna Starka (Klara sie mianowała) pod fusiskiym szeptłała:

– A kiej już bydziesz miôł tych klucy za tela, to możno jesce we życiu łostaniesz i… ficywyrtym.

Przeca my, Ślónzôki niy zawdy muszymy być ino robolami, hajerami lebo smelcyrzami. Przecamć my tyż swój filip, swój rozum mómy, a iże niy poradzymy sie roztopiyrzać jak inksi, to to już siedzi w nôs, we naszych erbniyntych po łojcach i starzikach zwykach. To na isto skuli tego Ślónzôk – podwiyl mu fto bajnszteli niy podstawi – wszyjskim przaje, dlô wszyjskich mô serce łozewrzite do mola.

Nôjbarzij to mi sie zdôł jedyn nasz rechtór ze „Siedymnôstki” ze mojij podstawowyj szuli do kieryj deptôłech za bajtla, ftory zawdy ło tych, co sam przicióngli, ło gorolach gôdôł, iże:

„Co gowa to rozum, a co dupa to… smród”. I cosik mi sie zdowo, co niyftorym ino te druge łostało na côłkie życie.

Nó ale. Niyskorzij to bół musowy ancug, binder, biôłô hymda przeblykanô dwa razy bez dziyń. I gańba, kiej sie wymskło ślonskie słówecko, kiej sie ciepło jakisik ałsdruk we dobryj asiście. Łojciec jesce za bajtli prôł nôs ze bracikiym po rzici, kiej my na placu, abo we szkole gôdali po naszymu, po ślónsku, gôdkóm naszyj Starki Klary i Starzika Paulka, Starki Any i Starzika Jółzla, kierzy nóm folowali we palice, iże bez te łostatnie poraset lôt i Miymce, i Poloki zeza Przemszy to sie sam dó nôs ryli skuli interesu, skuli betków, a my sam byli przeca zawdy u nôs, zawdy na swojim. Ale tyż i kôżdy nóm przeciepywôł, co my sóm za knap miymieckie dlô Miymców i za mało polskie dlô Polôków.

Bóło ci tyż i tak, jak we inkszych familijach, starzik prali sie z Miymcami we powstaniach, jedyn ujek, dobry Ślónzôk nôjprzodzij bół wziynty do Wermachtu, a kiej pitnół Adolfowi, to wróciół sie nazôd dziepiyro we śtyrdziestym siódmym do dóm jako wojôk łod Andersa. A iże bół to „andersowiec”, to tyż niyskorzij niy poradziół za Bieruta eli Gomułki sztajgnóńć we werku abo na grubie, chocia ci tam ciyngiym sztajgowali te wszyjskie śtyrytydniowe techniki i jednoroczne inżyniery. Zasik drugigo ujka, po łojcach i starzikach piekôrza, kiery côłkie życie przebómlowôł kole piekarszczoka, zarôzki po wojnie zawarli we hereszcie za „kolaboracjô” ze Miymcami, bo robiół bez côłko wojna to ino, co poradziół nôjlepszij – piyk chlyb i żymły, kiere fórami i do samego Auschwitzu kludziół.

I tyż niyjedyn Ślonzôk, Polôk bez „kenkarty” u niego bez ta drugô wojna robiół pod samóm fresóm, pod samym kicholym miymieckich policajtów (bali tyż i Ślónzôków). Na łostatek Łojciec Georg (po wojnie Jerzy), piyrszy, kiery we familiji jakiesik szkoły pokóńczół (Akademia Handlowa w Krakowie), chocia miôł miymieckie miano, bez dwa i pół roku kiblowôł we Oświęcimiu, aże go ujek Lojzik, tyn piekôrz, za swoji „kolaboranckie” marki wykupiół i pod miechami na fórze przikludziół do dóm. Jesce ci Go do drugij armii polskij zebrali. A tyż ci niyskorzij ło Łojcu, kiej mu sie dwa lata po Stalinie zemrziło, ło Mamulce i łó nôs ze bracikiym, wszyjskie przepómnieli.

I terôzki jô, kiej mie już ze tego werku, ze tyj downyj „Königshütte”, wytrzaśli (przodzij na „świadczynia przedemerytalne”, zatym na pynzyjô) wyciep żech do imyntu na hasiok wszyjskie szlipsy we kierych (jak gôdała moja babeczka Haźbiytka) chnet bych dôwnij i nynać szôł, ancugi połobkłôdôłech kulkami na mole i skukôł rajn, gymboko we szranku i bómluja razinku po mojich Pniokach, po piyrwyjszyj Królewskij Hucie do kupy ze inkszymi takimi borokóma, ło kierych śpiywôł jedyn taki fest szykowny karlus, iże sóm:

– Za modzi na śnik a za starzi na… grzych”.

I sztyjc i jednym ciyngiym szkryflóm te moje kónski, po naszymu, po ślónsku, we gôdce mojij Starki Klary i Starki Any, coby tyj akuratnie gôdki modzioki niy przepómnieli, coby jim niy bóło gańba i sróm gôdać po naszymu, chocia to tak na isto terôzki zółwizół darymny futer przi tych anglickich, hamerikóńskich lynzykach, kiere ino poradzóm te moderne kómputry spokopić. Dobrze tyż, iże dziecka poradzóm inkszymi lynzykami łozprawiać, przecamć wryli my sie już do tyj Ojropy we kieryj tak na isto zawdy my Ślónzôki byli. I ino diosecko żôl, i taki jankor, iże te dziecka kiere sóm chowane bez tego ciepła kachloków ze ślonskich familoków, tyż pewnikiym daleko niy zôjndóm.