Muzyka zaklęta w guzikach

20 lutego 2015

Rozmowa z Marcinem Wyrostkiem, wirtuozem akordeonu, finalistą II edycji „Mam talent”

 

gg: Spotkania z fanami, spotkania promocyjne kolejnej płyty, koncerty. Grafik mocno napięty. Dziś trudno chyba o osobę, której nazwisko Marcin Wyrostek nie jest znane. Pana kariera można powiedzieć nabrała tempa, a właściwie rozpoczęła się po wygranej w telewizyjnym talent show – „Mam talent”. A co było wcześniej?

Marcin Wyrostek: Bywałem w różnych miejscach. Jeździłem jak szalony na tysiące różnych wydarzeń okolicznościowych, koncertów. Ponadto miałem też epizody pedagogiczne. Uczyłem w śląskich szkołach – między innymi w Zabrzu, Gliwicach. Wykładałem już też trochę na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Wspólnie z jedną z niemieckich kapel grywałem dorywczo w teatrach w Chorzowie i Gliwicach. Dawałem też koncerty solowe w wielu domach kultury, w szkołach. Brałem udział w festiwalach, konkursach. Byłem wszędzie tam, gdzie tylko ktoś chciał, żebym się pojawił, przyjechał i zagrał. I grałem. Jednak zawsze gdzieś z tyłu głowy krążyła taka myśl, że przyjdzie taki moment, że w trakcie któregoś występu, pojawi się ktoś, kto mnie zauważy, zaprosi do znaczącego projektu, dzięki któremu moje życie się odmieni, a kariera nabierze rozmachu. Takie miałem marzenie. Dla przykładu przytoczę przypadek mojego kolegi, który dostał się do szkoły w Hannover ze, ale ze względów finansowych nie mógł tam podjąć nauki. Los zesłał jednak na jego drogę taką osobę, która sfinansowała mu tam całą edukację. Ta historia była dla mnie natchnieniem i pomyślałem, że ja może kiedyś też będę miał takie szczęście.

 

gg: I szczęście objawiło się w II edycji programu „Mam talent”?

MW: Po wygranej tego programu moje życie nabrało takiego rozpędu, że teraz mam możliwość promować koncertem w „Spodku” już swoją trzecią płytę „For Alice”.

 

gg: A dlaczego akurat wybrał Pan akordeon?

MW: To nie był do końca mój wybór. Mój tata tak zadecydował, wybrał za mnie, jak byłem jeszcze dzieckiem. Kiedy się urodziłem tato spojrzał na moje rączki i powiedział: „O to będzie akordeonista”! I klamka zapadła. Mając 5 lat, grałem już na takim małym akordeoniku w domu, potem w przedszkolu, a następnie poszedłem do szkoły muzycznej i tak z tym akordeonem już zostałem.

 

gg: Był to zawsze instrument kojarzony raczej z muzyką biesiadną, folklorystyczną, weselną. Pan można powiedzieć tak zaczarował akordeon, że zaczął być postrzegany zupełnie inaczej.

MW:  Rzeczywiście coś w tym jest, a na pewno akordeon był tak kojarzony. Będąc dzieckiem nie miałem jeszcze tej świadomości. Dla mnie to było fascynujące, więc grałem z pasją i zaangażowaniem. Do czasu, kiedy poszedłem do liceum, odczułem pierwszy raz, że moja muzyka właśnie przez takie skojarzenia może być nierozumiana . Jednak ja byłem tak bardzo skupiony na tym co robię, że nic poza grą, ćwiczeniami mnie nie interesowało. W tych guzikach była taka magia, że pochłaniało mnie bez reszty. Pamiętam, że siedziałem nie raz w garażu przez całą noc do 6:00, 7:00 rano i ćwiczyłem. Lata pracy nad warsztatem dały efekt. Ale pewne fakty bywały dla mnie zaskoczeniem, kiedy na przykład dawałem występ w trakcie akademii szkolnej w klasie maturalnej. Reakcja moich rówieśników była entuzjastyczna, a ja obawiałem się, że będzie zupełnie odwrotnie. Potem grywałem już dla młodzieży. Młodzi ludzie zasiadali na widowni, żując gumę, patrzyli na mnie z pewną kpiną – no zobaczymy co on nam tu z tym akordeonem pokaże. A koncert kończył się owacjami na stojąco. To był dla mnie taki sygnał, że nie można jednoznacznie postrzegać tego instrumentu, nie można myśleć stereotypowo.

Akordeon przeżywa teraz swoje odrodzenie, odchodząc od skojarzeń z muzyką biesiadną, wędrowną, cyrkową. Rodzi się jego wizerunek koncertowy. Powstają aranżacje na ten instrument. Muzyka akordeonowa staje się coraz bardziej popularna.

 

gg: Patrząc na akordeon, to wydaje się ogromnie masywny i ciężki. Potrzeba chyba nie lada krzepy, żeby go udźwignąć, a co dopiero na nim grać?

MW: No troszeczkę waży, to prawda. Trzeba pracować nad mięśniami, ale tylko nad tymi, które pracują w trakcie gry. Siłownia w tym przypadku nie zda egzaminu. Pamiętam, że gdy ćwiczyłem na siłowni, to natychmiast było to wychwycone przez mojego Profesora.  Zwracał od razu na to uwagę, że coś nie tak działo się z moją techniką. Tak że ćwiczenia przeważnie zalecane na budowanie masy mięśni tutaj nie pomogą. Bardziej przydatne może być pływanie, ćwiczenia kondycyjno-ruchowe, ale bez obciążenia i oczywiście duża dbałość o ręce to podstawa, choć ja tam nigdy za bardzo o nie dbałem i wykonywałem różne prace fizyczne na przykład na piłach tarczowych. Na szczęście nic się nie stało, a teraz jestem już trochę mądrzejszy…

 

gg: A gra Pan jeszcze na jakiś innych instrumentach?

MW: Grywałem niegdyś na organach, instrumentach klawiszowych. Chciałbym nauczyć się grać na trąbce. Próbowałem grać na gitarze, ale musiałem zaniechać tych prób. To samo dotyczy wszelkich instrumentów strunowych. Od szarpania strun palcami, bardzo twardnieją opuszki, a ja do gry na akordeonie muszę mieć palce bardzo czułe.

 

gg: Jakie są Pana najbliższe plany?

MW: Ruszam w trasę koncertową, które została zainaugurowana w katowickim Spodku. Promuje moją najnowszą płytę „For Alice”. Dokładna rozpiska miejsc wraz z datami znajduje się na mojej stronie wyrostek.com.pl.

 

gg: To terminarz wypełniony można powiedzieć po brzegi. Czy Pan kiedyś odpoczywa?

MW: Staram się. Wracając do domu, poświęcam czas rodzinie. Mam małego synka, więc o odpoczynek nie jest łatwo. W drodze na koncert odsypiam zatem zaległości.

Rozmawiała Hanna Grabowska-Macioszek

Foto: HGM