Miały trafiać pod strzechy

25 kwietnia 2015

Z zamiłowaniem do czytania książek bywa u nas dość różnie, żeby nie powiedzieć fatalnie. Co niektórzy znawcy przedmiotu wyrażają nawet opinię, że ostatnio więcej ludzi u nas pisze, aniżeli czyta.

 

Najczęściej mówi się, że przed kupnem książek odstrasza ich wysoka cena a także potrzeba zaspokojenia wielu innych priorytetowych potrzeb. Książki jednak stale się wydaje, a potem w wyniku tak miernego nimi zainteresowania, skazuje na okrutny wręcz los. Gdyby tak poszperać nieco w tak zwanej „branży”, można by zaobserwować pewne niepokojące praktyki, stosowane ostatnio coraz częściej a skrzętnie skrywane przed opinią publiczną. Corocznie na polskim rynku ukazuje się prawie 25 tys. tytułów. Ponieważ wydawcy nie ujawniają danych, ich łączny nakład jest nieznany. Według wiarygodnych źródeł można jednak przyjąć, że każdy tytuł wychodzi w przeciętnym nakładzie 3 tys. egzemplarzy, co daje 75 mln egzemplarzy rocznie. Jest to niewątpliwie pewnego rodzaju nadprodukcja, jednak nigdy się nie mówi, w jaki sposób problem ten bywa rozwiązywany. A nie mówi się dlatego, że kilkadziesiąt tysięcy książek corocznie najzwyczajniej przeznacza się na przemiał, a w dodatku wszystko co dotyczy ich niszczenia, objęte jest tajemnicą handlową. Gdyby ten haniebny proceder nagłośniono, media niezwłocznie biłyby na alarm, dlaczego niesprzedanych książek nie przekazuje się do domów dziecka, szkół, bibliotek i czytelni lub po prostu podaruje biednym. Wydawcy chcieliby tak zapewne uczynić, jednak wiele absurdalnych przepisów budzi w nich obawy czy aby nie będą musieli pokryć kosztów wysyłki i co gorsza, uiścić podatek od darowizny. Dlatego niechciane książki, poza nielicznymi egzemplarzami przeznaczonymi do przeceny, głównie trafiają na przemiał by potem znów do nas powrócić, tyle, że w postaci szkolnego bloku, zeszytu z makulatury, a głównie….papieru toaletowego. Zważywszy, że ponad połowa Polaków w ogóle nie czyta, ten ostatni kontakt z książką bywa prawdopodobnie dla większości jedynym.

Pi-Gall