Lubię się bać

11 sierpnia 2014

Lubię się bać – mówi Olga Rudnicka. Nie dość, że ma zaledwie 26 lat, to w jej literackim CV jest już 9 powieści kryminalnych. Ostatnia, „Fartowny pech”, właśnie trafiła do księgarń.

 

olga rudnicka– Na początku podziękowania. Bo podczas czytania „Fartownego pecha“ setnie się ubawiłem!

– O nie!

– O tak!

– Jestem załamana.

– Jak to?

– No bo ciągle słyszę, że ludzie się świetnie bawią i śmieją, czytając moje książki. A ja przecież piszę kryminały. To jest taki absurd, że mi się w głowie nie mieści. Nie wiem, czemu mi to tak wychodzi… Ludzie mają się bać a nie śmiać.

– Nic Ci na to nie poradzę. Wprowadzasz w pozytywne wibracje!

– Wiem. Co więcej, po tych wszystkich wydanych książkach dzieją się przedziwne rzeczy.

– Co na przykład?

– Na przykład już nie ma pytań, na które bym nie odpowiadała. Podczas spotkań zdarzało się, że czytelnicy dotykali moich włosów. Albo opisywali fantazje erotyczne w mailach.

To drugie chyba nie jest fajne. A z drugiej strony nieokiełznany entuzjazm jest uzasadniony. 26 lat na karku i 9 powieści na koncie!

Dwie części „Zacisze 13“; „Czy ten rudy kot to pies?“, „Lilith“, „Natalii 5“, „Cichy wielbiciel“, „Drugi przekręt Natalii“, „Fartowny pech“…

– I „Martwe Jezioro“ wydane w 2008 roku. Od tej książki wszystko się zaczęło.

– Wysłałam ją i już po dwóch dniach dostałam odpowiedź zwrotną. Nie była to decyzja, ale redakcja zainteresowała się, kim ja jestem i po co to wszystko.

– Co odpowiedziałaś na pytanie “po co to wszystko?”?

– Bo ja wiem?! (śmiech) Kiedy jechałam do wydawnictwa do Warszawy, to w głowie kłębiły się myśli. Miałam 19 lat, byłam zamknięta w sobie i zakompleksiona. Wiesz, że łudziłam się nawet, że wydadzą mi książkę pod pseudonimem.

– Pod pseudonimem?

– No tak! Chciałam pozostać anonimowa, choć jeszcze  nie wiedziałam jak wygląda cała otoczka: wywiady, sesje fotograficzne itp. Mnie to przeraża!

– Dzięki!

– Nie bierz tego osobiście, ale to nie jest moja bajka. Jeden wielki stres i jedno wielkie marudzenie. Swoich zdjęć nie lubię, za spaniem po hotelach nie przepadam. Co innego spotkania autorskie, które zawsze dodają mi mnóstwo energii do dalszego pisania.

Znajomi też daję tę energię?

– Niektórzy dają, pewnie. Ale dla wielu bujam w obłokach, izoluję się w towarzystwie, nie słucham, co się do mnie mówi. A do tego nie interesuję się czymś konkretnym. Chodzę swoimi ścieżkami. Jednym słowem mam bzdury w głowie. Więc łatwo ze mną nie jest.

Na początku inspirowałaś się ponoć snami. Pytam też o to, bo w Twojej najnowszej książce jeszcze na początku akcji bohater ma sen. Piękny. Ale Twoje sny do pięknych ponoć nie należały?

– To prawda. Bardzo je lubiłam i zapisywałam. Wiesz, to były czasy, kiedy chodziłam do szkoły. Tu musisz wiedzieć, że ja byłam średnią uczennicą. Czytałam namiętnie kryminały, a siadałam do nauki, gdy miałam nóż na gardle. Lektur w ogóle nie przyswajałam, jednak zawsze coś mnie pchało do kryminałów właśnie.

– Dlaczego? I co z tym wszystkim mają wspólnego sny?

– Już ci mówię. A więc doszłam do wniosku, że ja po prostu lubię się bać.

– No ładnie.

– Poważnie. I te sny, o które pytasz, być może wynikały właśnie z tych kryminalnych lektur. Było tam dużo mroku. Zdarzało się, że po obudzeniu się z takich snów, nie mogłam zasnąć. W pewnym momencie zaczęłam je spisywać, a potem ubarwiać, a wreszcie pisać książki…

– I już nie masz takich snów?

– Oczywiście, że mam. Często pojawia się na przykład specyficzny obraz. Ktoś mnie goni. Chowam się do swojego pokoju w domu na drugim piętrze. Jedyną drogą ucieczki jest wyskoczenie przez okno. Robię to. Czuję podmuch wiatru, siłę i prędkość, z jaką spadam. Jestem bezsilna, bo wiem, że za chwilę wyląduję na ziemi, odczuję ból. Wpadam wtedy w okropną panikę.

– Straszne!

– Gdybym na co dzień coś takiego doświadczała, to bym nie żyła. A w snach to napędza wrażenia. I wyobraźnię. Lubię to.

– Twoją wyobraźnię i te niebezpieczne ciągoty pokochała też Twoja babcia.

– O tak! Ukochana Bunia zawsze była moją wielką fanką. Przez kilka miesięcy trenowałam jujitsu i kickboxing. Walczyłam z facetami i wracałam obita. Gdy inni marudzili, że nie wypada kobiecie tak się tłuc z facetami, Bunia zawsze była ze mnie i z moich siniaków bardzo dumna. I myślę, że talent oraz zamiłowanie do kryminału mam właśnie po niej.

Uwielbienie kryminałów, a pisanie książek to jednak dwie różne sprawy. Zdradzisz tajniki swojego warsztatu?

– Jestem bardzo niepoukładana. Gdy pisałam „Zacisze 13“ wymyśliłam sobie, że chciałam ukryć zwłoki. I od tego zaczęło się snucie historii. Kiedy z kolei pracowałam nad „Lilith“, natknęłam się na piękny obraz kobiety, którą owijał wąż. Okazało się, że istnieje mnóstwo legend na jej temat. W przypadku „Natalii 5“ punktem wyjścia był PESEL. Natomiast „Martwe jezioro“ miało być opowiadaniem, a rozwinęło się w powieść, która miała swoją kontynuację.Więc jak widzisz – jest pomieszanie z poplątaniem.

– A lubisz swoich bohaterów?

– Różnie. Choć fakt, że lubię wyraźne osobowości. I skupiam się na dialogach, a nie na tak zwanych opisach przyrody.

– Poza tym masz naprawdę błyskotliwe pomysły. Jak na przykład ten z nazwaniem bohaterów z „Fartownego pecha“: Dziany, Nadziany i Gianni.

– Nie wszystko dzieje się na pstryk. No i nie jestem zadowolona tak na 100 procent. Bywam bardzo samokrytyczna i jeśli mam być szczera, to zmieniłabym wszystko, włącznie z zakończeniem.

– Coś podobnego!

– Naprawdę. Ja od kilku dni chodzę jak na szpilkach przejęta tym, co ludzie powiedzą o “Fartownym pechu”.

– Mówią – z tego co przeczytałem – całkiem pozytywne rzeczy. Ja się natomiast zastanawiam, jak ty znajdujesz na to wszystko czas.

– Cóż, jest praca, potem odpoczynek, czasem konie, czasem bieganie, koniecznie chwila snu popołudniu, no i wieczorem, albo nawet lepiej w nocy, siadam i piszę. Różnie to bywa. Czasem zajmuje mi to 10 minut, czasem pół godziny, a czasem nawet 3 godziny.

– Rozumiem, że już kolejna książka w drodze?

– Oczywiście. Ale nie mogę powiedzieć, nad czym pracuję, bo wydawca mnie zamorduje. A taka śmierć nie jest dobra dla autorki kryminałów.

 

Rozmawiał: Marcin Wilk