Igrzyska Wody i Ziemi

3 kwietnia 2015

Słońce nieśmiało wlewało się do pokoju, jakby potrzebowało na to pozwolenia, po tak długiej nieobecności. Samotny promień światła opadał na długą, bladą twarz z zamkniętymi oczyma, prostym nosem, małymi, różowymi ustami i ciemnymi brwiami. Czerwone policzki kontrastowały z cerą, a czarne włosy opadające na kark tworzyły wokół głowy osobliwą, mroczną aureolę. Spod bawełnianej pościeli w odcieniu mlecznej czekolady wysunęła się luźno obwiązana zgniłozielonym rzemykiem ręka i zatrzymawszy się nad ustawioną obok łóżka szafką nocną, poczęła energicznie poruszać palcami. Nie natrafiwszy na nic prócz próżni, zsuwała się niżej, do momentu, aż jej długie palce zetknęły się z drewnianym blatem, a później, zręcznie przesunąwszy nimi po jego powierzchni, z błyszczącym ekranem dotykowego Samsunga. Ciszę poranka przecięło niezadowolone burknięcie. Ręka ciężko opadła na szafkę, ześlizgnęła się po niej i zawisła w powietrzu powierzając cały swój ciężar opartemu na poprzeczce łóżka łokciowi. Konspiracyjne skrzypienie rozległo się po drugiej stronie pokoju, pobiegło wzdłuż bananowych ścian, mahoniowej podłogi i styropianowych kasetonów na suficie, mijając hebanowe meble, kilka plakatów z ulubionych filmów i wyłączoną teraz lampę z papierowym kloszem. Dźwięk dobiegł do uszu chłopca, który jeszcze raz uniósł rękę, aby przykryć twarz kołdrą. Skrzypienie powtórzyło po raz pierwszy i drugi stopniowo słabnąc, swą regularnością przywodząc na myśl kroki. Drzwi wydały z siebie nieprzyjemny zgrzyt najpierw otwierając się, a później zamykając. Towarzyszące temu skonsternowane syknięcia również zamilkły i w pokoju nastała cisza.

 

***

 

Chłodne krople dotknęły nosa, a później czoła i reszty twarzy. Woda spłynęła po policzkach, brodzie i włosach pozostawiając mokre smugi na skórze. Gdyby nie wykrzywiający usta grymas niezadowolenia powoli przemieniającego się w złość, wściekłość i w końcu w furię, można by uznać, że ich właściciel przechodzi właśnie stan głębokiej depresji i wskazanym będzie go pocieszyć. Jasny promień światła starł się z intensywnym błękitem tęczówek Zenka, przez co chłopiec zmuszony był zamknąć oczy. Kilkakrotnie zamrugał, czekając aż przyzwyczają się do światła i powiódł nimi po pokoju. Na jego końcu, zza półprzymkniętych drzwi wychylała się drobna postać dziewczynki. Wielkie zielone oczy zwieńczone brązowymi brwiami ciekawie przyglądały się Zenkowi. Ponad nimi krótkie, zmarszczone czoło częściowo przykrywała falująca z każdym ruchem głowy, grzywka. Miodowe włosy upięte w dwa grube warkocze sięgały do piersi, mimo niskiego – jak na jedenaście lat – wzrostu. Dziewczynka przygryzła wargę, tak jak często robił to jej brat. Prócz tego nawyku, pokrewieństwo ujawniał również identyczny kształt szczęki. Niepewnie uśmiechnęła się do chłopca odsłaniając rząd nierównych zębów, w dużej części mlecznych. Zimny wzrok Zenka dotknął trzymanej w rękach Wiktorii, jeszcze mokrej szklanki. Niemy mur utworzył się między rodzeństwem. Ich emocje wypłynęły na wierzch, ciasno oplatając twarze.

-Śmigus dyngus – szepnęła dziewczynka zuchwale, z determinacją zaciskając pięści.

Zenek wyskoczył z łóżka niemal przewracając się o zaplątaną między nogami kołdrę i w kilku dużych susach przeskoczył cztery metry dzielące go od miejsca, w którym zniknęła siostra. Otworzył drzwi i odepchnął je z taką siłą, że z głośnym trzaskiem uderzyły o ścianę. Chłopiec przebiegł znajdującą się za nimi kuchnię i dopadł wejścia łazienki szarpiąc za klamkę.

-Daj spokój. Zawieśmy broń – rozległ się głos po drugiej stronie.

Zenek warknął. Mijając stojącą obok drzwi lodówkę, dobiegł do rzędu blatów ustawionych przy ścianie, złapał uchwyt szuflady ze sztućcami i wyjął stamtąd stalowy widelczyk, a wróciwszy do drzwi łazienki, przyłożył jego trzonek do czerwonego kółeczka i przekręcił. Ciche kliknięcie oznajmiło otwarcie drzwi. Zenek nacisnął klamkę i pociągnął, tym razem ustąpiły bez trudu.

-Proszę, przepraszam… – zaskomlała Wiktoria.

Siedziała w wannie przyciskając głowę do błękitnych płytek. Chłopiec szybkim krokiem zbliżył się do siostry, chwycił wiszący nad nią prysznic i odkręcił wodę.

-Nie! – pisnęła przerażona, gdy zimny strumień spłynął na jej głowę.

Nie minęła chwila, a twarz, włosy i całe ubranie Wiktorii były już mokre, jednak ta nie zamierzała się poddawać. Zacisnęła dłonie na rączce prysznica poniżej miejsca, gdzie trzymał ją brat i obróciła w drugą stronę. Zenek zamknął oczy, gdy ciśnienie wody nieoczekiwanie zwróciło się w jego stronę. Nim ponownie wycelował je w siostrę, również był mokry.

Drzwi otworzyły się po raz trzeci i do łazienki weszła mama. Była wysoką, szczupłą kobietą powoli dochodzącą do czterdziestki. Krótkie włosy założone za uszy miały kolor zbliżony do włosów Wiktorii. Zielone, podobnie jak u córki oczy i jasna skóra, trochę ciemniejsza niż u syna. Teraz jednak nie przypominała żadnego ze swych dzieci. Brwi opadały równocześnie z kącikami czerwonych ust. Twarz Zenka nieco złagodniała, nadal jednak zdradzała zdenerwowanie. Na twarzy siostry zaś wystąpił strach i swój zacięty wcześniej wzrok, opuściła na podłogę.

-Nie wyjdziecie stąd, dopóki łazienka nie będzie sucha – kobieta oskarżycielko wycelowała palec w dwójkę swoich dzieci – I wy również. Nie chcę nigdzie w tym domu widzieć wody!

-Woda jest czynnikiem decydującym o życiu rasy ludzkiej – Zenek zdobył się na nieśmiały żart.

Matka zmrużyła oczy wbijając lodowate spojrzenie w syna.

-Tak samo jak jedzenie – wysyczała. – Jeżeli łazienka nie będzie sucha, będziecie siedzieć tu zamknięci bez niego!

I wyszła.

 

***

 

Zenek usiadł na kanapie wzdychając ciężko. Był ubrany w czarną koszulkę i krótkie jeansy w kolorach moro. Puszyste włosy dokładnie zaczesał do tyłu, nie pozostawiając na czole żadnego kosmyka. Wiktoria wyszła z pokoju zaraz za nim. Ona również, gdy skończyli wspólnie wycierać łazienkę, włożyła na siebie suche ubrania, jednak nadal miała na głowie turban z ręcznika. Ostatnie dziesięć minut spędzili w całkowitej ciszy, mimo że gdyby któreś z nich choć na chwilę otworzyło usta, posypałaby się z nich góra wyzwisk. W końcu milczenie przerwała Wiktoria.

-Ale nasze plany nie ulegają zmianie? – spytała piskliwie siadając na skraju łóżka, pewnie biorąc pod uwagę ewentualność ucieczki.

-Czy nasze plany nie ulegają zmianie? – warknął Zenek. – Pozwól, że przypomnę, że nasze plany zakładały sojusz.

-Wiem – szepnęła dziewczynka i zdawało się, że powie coś jeszcze, jednak najwyraźniej z braku argumentów, zamilkła.

-Nie mam ochoty bawić się z tobą – powiedział Zenek po chwili. – Spotkaj się z koleżankami, albo porób coś innego, co robią dzieci w twoim wieku.

Wiktoria nie odpowiedziała, więc chłopak skierował wzrok w jej stronę. Po jej odwróconej brodzie skapywały łzy.

-Nie będę wiecznie się z tobą bawił – powiedział nieco łagodniejszym tonem.

Dziewczynka wstała, pobiegła do drzwi wejściowych, otworzyła je i wyszła trzaskając nimi na pożegnanie. Zenek wzruszył ramionami i również podniósł się z kanapy. Rozejrzał się wokoło. Tak jak podejrzewał, na wysokim stole barowym w kuchni stała miska z owocami. Podszedł i wyciągnął z niej błyszczące jabłko.

-Odłóż – władczy głos matki zmusił go do odsunięcia owocu od zębów. – Nie było śniadania.

-Już myślałem, że dziś w ogóle go nie dostaniemy – odparł Zenek, uśmiechając się lekko.

-Dostaniecie, ale będzie drogo kosztować – mama podniosła brwi w oczekiwaniu na odpowiedź.

-Dlaczego nie może pobawić się ze swoimi koleżankami? – spytał chłopiec retorycznie. – Nie mam ochoty znów być cały mokry.

-Tylko na godzinkę, czy dwie, Zenek – poprosiła – Wiktoria będzie się cieszyć, a ty nie ucierpisz przecież tak bardzo. Obiecałeś jej to.

-Wiem – westchnął ciężko – Ale mam warunek. Chcę ketchup do śniadania.

-Ten temat zaczyna działać mi już na nerwy – mama zmarszczyła czoło. – To śniadanie świąteczne i będziesz jadł je bez ketchupu albo nie będziesz jadł wcale.

 

***

 

Zenek usiadł na taborecie przy stole. Był to stary, plastikowy stolik ogrodowy, który mama pomalowała brązową farbą i przeniosła do salonu. Teraz jego kolor znikał pod białym obrusem i haftowanymi serwetkami, ale nawet ich nie było widać pod misami, talerzami i tacami wypełnionymi potrawami świątecznymi. Chłopiec nabił na widelec jajko faszerowane i w całości wsadził sobie do ust. Mama spojrzała na niego krzywym wzrokiem, nałożyła jajko na talerz Wiktorii, przekroiła na pół i podsunęła jej pod brodę, przejrzawszy plany powtórzenia czynu brata. Ona sama nałożyła sobie sałatki. Wszyscy troje w ciszy zaczęli pałaszować potrawy przechodząc do pysznego pasztetu upieczonego przez babcię, później żurku, poświęconej szynki i kilku rodzajów sałatek. Co jakiś czas wśród radosnych westchnień rozlegała się pochwała dla autora specjału lub inny, dotyczący jedzenia komentarz. W końcu rozmowa zeszła z gastronomii i powolnymi kroczkami powędrowała w stronę obchodzonego tego dnia święta.

-Więc gdzie chcesz budować naszą bazę? – spytał niby od niechcenia Zenek, wiedział jednak jaką radość sprawi to siostrze.

-Na górce, gdzie… takie drzewo tam jest… – tłumaczyła Wiktoria z nowym zapałem – Wchodzi się po takich zburzonych schodach…

-Dobrze, pokażesz mi – uspokoił ją chłopiec.

-Wyjmiesz karabiny z komórki? – zapytała mamę Wiktoria, a po chwili zwróciła się do brata – Ty będziesz miał ten mniejszy.

-Ten mniejszy jest pęknięty – zauważył. – Wezmę butelkę.

-Jest pęknięty, bo go zniszczyłeś – prychnęła dziewczynka ostentacyjnie odwracając wzrok od brata.

-Sama upuściłaś go na ziemię rok temu – odparł Zenek spokojnie.

-Ale woda nie wylewała się z niego – wytknęła.

-Bo nie było jej już w karabinie – odrzekł z naciskiem.

-Właśnie, że była! – krzyknęła Wiktoria – Zniszczyłeś mi karabin!

-Spokój – mama zwróciła się do obojga swoich dzieci – Znalezienie winnego nie przywróci wam karabinu na wodę.

-Ale nie jestem winna! – wrzasnęła dziewczynka jeszcze głośniej. – To on zniszczył mi karabin!

-Jeśli tak, to na pewno nieumyślnie – spróbowała uspokoić ją matka – Zenek, jest Ci przykro, prawda?

-Owszem, jest mi nad ogrom przykro – pokiwał głową zawistnie mrużąc oczy – Cierpię katorgi, niech agonia cierpień mych ustanie. Serce me krwawi, gdy…

-Dosyć Zenek – ucięła mama – Idźcie na dwór.

Chłopiec wstał bez słowa i wyjął z szafki w kuchni litrową butelkę po wodzie mineralnej. Znalazłszy w szufladzie ostro zakończony nożyk, naciął małą dziurkę w nakrętce.

-Więc szykuj się, żołnierzu – zakomenderował siostrze.

Wiktoria posłusznie wycofała się na przedpokój, a on poszedł do swojego pokoju po potrzebne do wygodnego noszenia butelki, nosidło. Z jednej, z nieprzeznaczonych dla oczu matki, od lat niesprzątanej półki, wyciągnął bordową, wąską, ale podłużną torebkę z nadrukiem uśmiechniętego dziecka z deskorolką i przewiesił ją sobie przez ramię. Przechodząc przez kuchnię wpakował do niej butelkę, po drodze sięgając po leżące na stole jajko faszerowane.

-Pyszne! – rzucił z pełnymi ustami do opierającej się o blat mamy.

Usiadł na progu i włożył na nogi czarne trampki. Gdy wyszedł z komórki, Wiktoria czekała już na ogródku z napełnionym karabinem. Zanurzył butelkę w beczce z deszczówką.

-Hej, sąsiedzie! – Zenek odwrócił wzrok w stronę, z której nadbiegał głos. – Ty również szykujesz się do obchodów Lanego Poniedziałku?

Za bramą stała ubrana w zieloną koszulkę i żółte spodenki postać. Kuba wprowadził się w okolicę niedawno, a że chodził do klasy o rok niższej niż Zenek – pierwszej liceum, tylko czasami mijali się na przerwach, ale rzadko kiedy wymieniali słowa. Mimo wszystko, Kuba wyglądał na fajnego chłopca, a w rozmowie zawsze otwartego. Jego poczucie humoru i ogólny optymizm otaczał go wyraźnie jak kolorowa aura i przyciągał ludzi.

-Kuba – Zenek uśmiechnął się w przywitaniu. – W pewnym sensie, zostałem do tego zmuszony. Wbrew własnej woli.

-Wiesz, że tortury są zakazane? – spytał żartobliwie, zwracając się do Wiktorii.

-Palenie czarownic niestety też – mruknął czarnowłosy.

Kuba uśmiechnął się lekko odrzucając z twarzy kilka dredów, w które zostały przemienione całe jego włosy.

-Ja lubię bawić się z Julką – oznajmił. – Ma pełno fajnych pomysłów. Oprócz chwil, kiedy myśli o lalkach – Kuba zmarszczył czoło. – Wtedy nie zapowiada się dobrze.

Jego młodsza siostra była rówieśniczką Wiktorii. Chodziły do jednej klasy, ale Julia zawsze trzymała się na uboczu i lubiła spędzać czas w domu, podczas gdy pierwsza, nie mogła ani chwili usiedzieć w miejscu.

-Możecie grać z nami – zawołała nagle Wiktoria podbiegając do bramy. – My z Zenkiem będziemy jedną drużyną, a wy z Julką drugą! I to będzie prawdziwa gra w wojnę!

-To niehumanitarne uczyć jedenastolatkę gry w wojnę – Kuba mrugnął do Zenka.

-Jasne, pacyfisto – odrzekł. – Czy możemy już zacząć? Chciałbym zauważyć, że jesteś głównym dowódcom wrogiej nam armii i uhm… Stoisz na obrzeżach naszych ziem. Nieuzbrojony.

-Ależ jestem posłańcem! – zaprotestował chłopiec – Przynoszę wam wiadomość od mojego zwierzchnika. Generał Julia chciałaby, aby bitwa rozegrała się na terenie neutralnym.

-Terenie neutralnym? – powtórzyła Wiktoria wbijając pytający wzrok w mówcę.

-Terenie nienależącym do żadnej ze stron – wyjaśnił brat szybko.

-Tak więc, czy przystajecie na nasze warunki, generale Wiktorio? Pułkowniku Zenku? – spytał zwracając się kolejno do rodzeństwa.

-Owszem – chłopak kiwnął głową – Za pięć minut. Za płotem.

-Generale. Pułkowniku – wymienili uprzejmości – Powodzenia.

Zenek odrzekł to samo kłaniając się przy tym elegancko i skierował w stronę domu rzucając torbę na trawę.

-Dlaczego za pięć minut? – spytała Wiktoria marszcząc czoło. – Co mam teraz robić?

-Za pięć minut, ponieważ brzmi to całkiem poważnie i daje przeciwnikowi czas na przygotowanie. A ponadto – rzekł z naciskiem – mam dodatkowe pięć minut lenistwa.

 

***

 

Zenek otworzył bramę i gdy oboje przez nią przeszli, zamknął na zasuwę. Regularne postukiwaniu dochodziło zza płotu sąsiada, ale poza tym dookoła nie widać było nikogo. Stali na długiej, powoli wznoszącej się do góry drodze biegnącej za ogródkami mieszkańców. Z drugiej strony wznosiło się dość strome, liczące pięć metrów wzniesienie usypane z ziemi i z gruzu, porośnięte rozmaitą roślinnością i przyozdobione przez człowieka; kilkoma drewnianymi deskami, starym, zrolowanym dywanem, jak również różnorakimi plastikowymi elementami i kilkoma workami z odpadami. Nawet wysypisko nie odbierało miejscu blasku, który objawiał się w oczach bawiących się tu dzieci. Obłoki kurzu wznosiły się z podłoża, gdy rodzeństwo uderzało butami o drobne kamienie i gdzieniegdzie rzadko rosnącą trawę.

-Myślisz, że nie przyszli? – spytała Wiktoria z zawodem w głosie.

-Być może – odparł brat – Albo trochę się spóźnią. Możemy za ten czas, rozpocząć budowę naszej kryjówki. Co ty na to?

Dziewczynka pokiwała głową po chwili wahania. Minęli ogródek domu Kuby i Julii wcześniej sprawdziwszy, czy żadne z nich nie stoi na nim lub nie wygląda przez okno. Wkrótce kamienista droga przemieniła się w trawiastą i już po chwili ich postacie skryły zarośla. Jak najciszej przemykali wśród przewyższających Zenka roślin uważnie badając okolicę. W końcu dotarli do niewielkiej polanki, w większości niedostępnej przez krzaczki i chude drzewka. Tak samo jak nic nie przysłaniało im widoku okolicy, okolicy nic nie przysłaniało ich widoku, toteż aktualni wrogowie mogli z łatwością wypatrzyć ich nawet ze swojego domu. Zenek rozejrzał się wokoło. Zauważył sterczący z ziemi patyk otoczony małymi, zielonymi listkami rosnący idealnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

-Musimy iść pozbierać patyki – orzekł.

-Po co nam patyki? – wydawało się, że z Wiktorii zniknął cały entuzjazm.

-Jak to, po co? – chłopak zmarszczył brwi. – Potrzebujemy osłony.

Podniósł z ziemi długi, jasny patyk i postukał w niego kilkakrotnie. Później odwrócił go końcem do dziewczynki.

-To bambus? – spytała już bardziej zaangażowana.

Kijek był lekki, ponieważ drewno, z którego powstał było cienkie i giętkie, a poza tym – był pusty w środku.

-Żaden bambus! – zaśmiał się Zenek i jeszcze raz odwróciwszy patyk, przyłożył go sobie do ust; instrument wydał z siebie ładny dźwięk. – Nie są najlepszym budulcem i spadną przy lekkim wietrze, ale jest ich tu dużo, a jeśli położymy je na tym – wskazał na pochylony kij – zapewnią nam skuteczną zasłonę, przynajmniej przez jakiś czas.

-Jak zamierzasz przymocować je do kija? – siostra spoglądała na nowy patent brata beznamiętnie.

-Kij ma dużo gałęzi – wyjaśnił przesuwając palcem po krótkich wypukłościach. – Można oprzeć o nie patyki.

-Ale nadal nie rozumiem, jak zamierzasz utrzymać to na tym jednym…

-Och – Zenek westchnął głośno przerywając dziewczynce. – Właśnie o to chodzi. Trzeba wbić w ziemię drugi kij. Idę na poszukiwania.

Wiktoria kiwnęła głową kładąc się na ziemi, tak, aby żaden przechodzień nie zauważył jej tutaj. Tęsknym wzrokiem spoglądała na ogródek Kuby, wyczekując pojawiania się chłopca. Tymczasem jej brat szybko przeskakiwał po nierównościach lustrując wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu odpowiedniego patyka. Wszystkie były za krótkie, bądź za miękkie, a od tego właśnie wymagało się twardości, musiał bowiem utrzymać wszystkie inne patyki. W końcu znalazł wystarczająco długi i gruby, trochę brudny, toteż wytarł go o trawę. Gdy wrócił, zastał siostrę siedzącą na kamieniu z opuszczoną głową i smutnym wzrokiem wbitym w horyzont.

-Melduj, kamracie – rzekł raźno, po czym usiadł na ziemi obok dziewczynki.

-Nie ma ich – szepnęła.

-Och, nie żartuj! – skarcił ją brat. – To będzie z dziesięć minut spóźnienia, pewnie zaraz przyjdą. A jeśli nie, mamy czas na budowę bazy. Kiedy skończymy, wyjdziemy po nich, dobrze?

-Chcę iść do domu – powiedziała wstając.

Zenek już miał odpowiedzieć, gdy zza pobliskich zarośli wydobyły się szaleńcze okrzyki. Liście zafalowały i naprzeciw rodzeństwa wystąpili Kuba i Julia, pryskając wodą z zielonych karabinów. Chłopiec wyciągnął swoją broń z torby, jednocześnie oddalając się od centrum ostrzału. Siostra również sięgnęła po karabin umykając w zarośla, z których przed chwilą wychynęli wrogowie. Zenek wybiegł na drogę oddychając głęboko nie tyle po długim biegu, ale po zaskoczeniu, jakie wywołało pojawienie się rodzeństwa. Zastanawiał się, jak długo mogli ukrywać się w krzakach i dlaczego ujawnili się akurat w takim momencie. Pewnie przez smutek Wiktorii, pojął chłopiec i nagle zdał sobie sprawę, że nie wie, gdzie jest siostra. Przez głowę przemknął mu widok jego wracającego do domu. Gdy Wiktoria będzie mieć pretensje, wyjaśni, że poległ w akcji lub jego stan nie pozwolił mu na kontynuowanie misji. Odgonił od siebie myśl i przetarł czoło ręką. Krople skapywały mu z włosów i z koszulki, ale gorące słońce doskonale współgrało z chłodną wodą. Postanowił zajść wrogów od tyłu, a więc przeszedł przez sąsiednią ulicę i przystanął przy wpół zburzonych kamiennych schodkach prowadzących w zarośla. Pośród nich była widoczna wąska ścieżka, którą chłopiec podążył. Gdy w pewnym momencie do jego uszu dobiegła przyciszona rozmowa, zaczął stąpać uważniej, starając się nie wywołać hałasu zdradzającego jego obecność. Przez chwilę mignął przed nim obraz Julii, toteż położył się na ziemi i podczołgał bliżej. Jakieś dwadzieścia metrów dalej, w ich starym obozie osiedliło się wrogie rodzeństwo. Kuba siedział na ściętym pniu, a jego siostra układała patyki na dwóch kijach – pierwszym rosnącym, a drugim już wbitym – budując osłonę, której pomysłodawcą był Zenek. Dwójka wybuchnęła śmiechem i znów podjęła rozmowę, lecz chłopiec musiał wytężyć słuch, by cokolwiek z niej usłyszeć.

-Gdybyś widziała przerażenie na jego twarzy – Kuba zakrył usta ręką, dusząc chichot – To był naprawdę świetny pomysł.

-Myślisz, że jeszcze tu wrócą? – zapytała Julia swoim zwyczajnie spokojnym głosem, lecz nawet z niego dało się wyczytać radość.

-Jasne, że tak! – zapewnił brat. – W tym niebieskookim jest wola walki.

-Ażebyś wiedział – mruknął Zenek okrążając polanę na czworakach.

Rodzeństwo kontynuowało rozmowę, nie spodziewając się niebezpieczeństwa, tymczasem chłopiec wciąż niestrudzenie posuwał się naprzód. Nagle wyłoniwszy się zza gęstych krzaków, ujrzał błękitny adidas i nogę w różowych getrach.

-Wiktoria? – zapytał bezdźwięcznie patrząc w oczy siostrze.

Leżała w trawie płasko przyciśnięta do ziemi, głęboko, lecz cicho wciągając powietrze nosem, od wrogów bowiem dzieliła ją tylko cienka ściana liści. Zenek również musiał się ukryć i uspokoić oddech. Podniósł brwi, a siostra skomentowała to delikatnym wzruszeniem ramion. Nigdy nie widział jej tak opanowanej i milczącej. Nie, Wiktoria hałaśliwa, rozgadana, niezdarna, nierozgarnięta, lecz nie cicha i nieruchoma. Chłopiec wykonał nieznaczny ruch ręką zachęcający ją do powrotu, jednak ona znów podniosła ramiona i niemal niezauważalnie obróciła głowę w lewo, a później w prawo. Opuściła kąciki ust chcąc pokazać mu swoją niemoc. Zenek zacisnął zęby i przesunął ręką wzdłuż ciała. Z bocznej kieszeni spodni wyjął telefon i oparł na nim czoło. Nie wyłączył głosu – wcześniej nie myślał, że tak zwykły gest jak dotknięcie palcem napisu na ekranie tak wiele przesądzi. Jak na złość, rozmowy po drugiej stronie zarośli umilkły, więc Zenek schował komórkę.

-Czekaj na sygnał – wyszeptał najciszej jak umiał.

Siostra znów nieznacznie pokiwała głową. To musiało mu wystarczyć, aby być pewnym, że dokładnie zrozumiała rozkaz. Powoli zaczął się wycofywać, a gdy skryły go zarośla, podniósł się i dalszą drogę pokonał na czworakach. Zatrzymał się dopiero na schodkach, a wówczas dyszał ciężko, ponieważ przez dłuższą część podróży musiał ograniczać oddech. Z utęsknieniem spojrzał na swą torbę, w której kryła się butelka napełniona deszczówką. Nie mógł jej pić ze względów zdrowotnych, ani nawet polać się nią, ze względów oszczędnościowych. Położył się na ziemi zamykając oczy. Mógłby tak leżeć cały dzień, pomyślał, zaraz jednak przypomniał sobie o siostrze, również leżącej, a jednak jej położenie nie było pomyślne. Musiał wywabić rodzeństwo z obozu, aby dać jej szansę na ucieczkę. Pytanie brzmiało: jak sprawić, aby wybiegła dwójka? Kuba nie wyśle siostry samej – ryzykowałby jej utratą, jednakże może pobiec pozostawiając ją na czatach. Ona może zaalarmować brata, choć może Zenek zdołałby zająć go wystarczająco długo? Kuba miał zdecydowanie więcej siły od niego, nie wygrałby, to pewne. A gdyby po prostu skoczyć na nich z zaskoczenia? Woda z ich pistoletów, byłaby dla niego przyjemnością w ten gorący dzień, a jednak gdyby nie unikał jej, zabawa straciłaby sens. W zasadzie zabawa od początku go nie miała, ale nie to było teraz ważne. Zenek podniósł z ziemi spory kamień i rzucił nim najdalej jak umiał. W obozie zapanował zamęt i jakaś postać ruszyła w stronę dźwięku. Sabotażysta znów uniósł kamień, ten jednak poleciał w przeciwnym kierunku.

-Halo? – cichy głosik Julii zachęcił go do podejścia bliżej.

Dziewczynka podążała za szelestem spadającego kamienia nawołując cicho. Zenek obserwował ją z pewnej odległości. Widział, jak poślizgnęła się na mokrej trawie i upadła zsuwając w dół zbocza. Bez namysłu skoczył do niej, nachylając się nad szczytem wyznaczanym przez krótką linię nierównych kamieni. Julia leżała na ziemi z nieszczęśliwą miną, nie płakała jednak, a na jej odsłoniętych przez zwiewną sukienkę nogach, ani też rękach nie wypatrzył żadnych ran. Wyciągnął dłoń w stronę dziewczynki, gdy ta jednak jej nie przyjęła, delikatnie objął jej ramiona i postawił do pionu.

-Nic ci nie jest? – spytał cicho nachylając się, aby ich oczy znalazły się na jednym poziomie.

Dziewczynka mruknęła coś, prawdopodobnie potwierdzającego, więc Zenek schylił się po karabin, który upuściła spadając i wręczył jej. Znów przyjęła go z niepewnością unikając wzroku chłopca. Na jej policzkach wystąpiły rumieńce, pokiwała głową, tak że blond włosy przykryły jej twarz.

-Proszę bardzo – uśmiechnął się łobuzersko wykonując niezgrabny ukłon.

Julia zaczerwieniła się jeszcze bardziej, ale Zenek nie zwracał już na to uwagi. Pognał przed siebie, Kuba mógł bowiem w każdej chwili wrócić do obozu, zauważenie podstępu nie powinno zająć mu tak dług. Minął polanę, nagle jednak zatrzymał się na chwilę tracąc równowagę. Jego siostra zbierała z ziemi pokazane przez brata puste patyki i wyrzucała w opadające wraz ze wzniesieniem zarośla. Po wetkniętym z ziemie kiju pozostało jedynie wgłębienie. Dopiero gdy Wiktoria odwróciła się, ujrzał, że przełożony jest przez jej koszulkę.

-Co robisz? – jęknął zdenerwowany – Nie mamy czasu!

-Muszę zniszczyć ich bazę – odrzekła z determinacją, nie przerywając pracy. – Jest nasza, nikt inny nie będzie z niej korzystał!

Mimo hałasu, który wywoływała Wiktoria, zdołał usłyszeć zbliżające się pośpiesznie kroki. Szarpnął siostrę za ramię wyciągając kijek zza jej bluzki. Kroki były tak głośne, że Zenek wątpił, by Kuba znajdował się dalej niż za rogiem.

-Biegnij – krzyknął do siostry łapiąc ją za rękę i pociągając w dół zbocza.

 

***

 

 

Niemal równocześnie zerwali się z ziemi kontynuując bieg. Kilka krwawiących obtarć i szerokie rozcięcie na łydce dawały o sobie znać ostro pulsując, lecz Zenek ignorował ból, był za mały, aby się nim przejmować. Bardziej martwił się jednak o Wiktorię, która również musiała narobić sobie kilka siniaków i ran podczas zjazdu ze zbocza, a nie wiedział, czy jak on, da radę je tolerować. A jednak, siostra gnała dotrzymując mu kroku. Wypadli na ulicę zatrzymując się dopiero na pomalowanym na pomarańczowo, ułożonym z żeliwnych rurek płocie po drugiej stronie ulicy. Siedząca za nim staruszka podniosła brwi ponad grube, kwadratowe okulary i przysłoniła dolną część twarzy gazetą, którą właśnie czytała. Ogrodzenie trzęsło się jeszcze przez chwilę, gdy odsunęli się od niego. Ponieważ Wiktoria nadal nie mogła złapać oddechu, a przede wszystkim: ponieważ był jej starszym bratem, do niego należało wyjaśnianie i przepraszanie, toteż niepewnie otworzył usta.

-Dzień dobry – odezwał się cicho. – Przyszliśmy tu, aby życzyć pani szczęśliwej Wielkanocy, ale tak śpieszyliśmy się, aby to pani powiedzieć, że dobiliśmy do pani płotu.

Zmarszczki na twarzy kobiety zdawały się pogłębiać, a brwi odlatywać z czoła. Siwe, kręcone włosy kończące się za uszami utrzymywały się w falowanym kształcie, jakby zostały postawione na żel. Skrzekliwy, lecz radosny śmiech wydobył się z ust staruszki, która odłożyła gazetę ujawniając szeroki uśmiech.

-Tobie również życzę szczęśliwej Wielkanocy, Zenonku i tobie, Wikusiu! – zachichotała. – Cieszę się, że gonicie pod dworze, zamiast siedzieć przed komputerami. Bawcie się, bawcie. To przecież Śmigus Dyngus!

-Dziękujemy – powiedziała dziewczynka sylabizując słowo, by w przerwach móc zaczerpnąć tchu.

Brat dołączył się do podziękowań przepraszając za zderzenie z płotem, jednak starsza pani wcale nie zamierzała się gniewać. Machała im z uśmiechem, gdy podążali drogą, którą tu przybiegli. Szli wzdłuż swego płotu wąską ścieżką wydeptanej trawy. Gdy blaszane ogrodzenie skończyło się i wyszli na otwarty teren, zobaczyli Julię stojącą na górce, wodzącą wzrokiem po drodze i Kubę odwróconego do niej plecami. Zenek wycofał się za płot pociągając za sobą Wiktorię, lecz obserwatorka zdążyła zarejestrować ruch. Teraz również Kuba spoglądał w stronę ich kryjówki. Rodzeństwo opierało się o płot spoglądając sobie w oczy.

-Zaczekasz tu, a ja obejdę ich z drugiej strony – postanowił chłopak.

-Nie, mam dosyć rozdzielania się – zaprotestowała siostra – Pójdziemy razem. Co w ogóle chcesz tam robić?

-Jeszcze nie wiem – przyznał Zenek, po chwili jednak w jego głowie pojawił się obraz rozległej łąki graniczącej z gęstym lasem. – Myślę, że powinniśmy przenieść się na Pola. Z tym, że trzeba jakoś ich tam zwabić.

-Może będą chcieli odzyskać swój patyk?

Chłopiec dopiero teraz spojrzał na długi kij, którym podpierał się niczym laską.

-W praktyce mogliby znaleźć sobie inny patyk… – kalkulował – Ale jeżeli na potrzeby zabawy uznamy, że to kluczowy patyk… W sumie, czemu miałoby się nie udać?

-Lecz, chwila. Musimy ich wyprzedzić – stwierdził. – Będę negocjował, podczas gdy ty udasz się na Pola. Spotkamy się pod Pomnikiem – zarządził tym razem powołując się na wysoki, zbudowany na kształt lokomotywy z kamienia i drewna pomnik pamięci Żydów znajdujący się nieopodal – Obserwuj. I… powodzenia.

-Będzie super – ucieszyła się dziewczynka odbiegając.

Zenek wyszedł zza płotu. Jego żwawy i pewny krok oraz sposób w jaki dzierżył kij: stanowczy i odważny, jakby był on jego najlepszą bronią, dodawał jego postaci bojowego charakteru równocześnie wzmagając dobre samopoczucie. Kuba i Julia stali zgarbieni patrząc na nadchodzącego chłopca z powątpiewaniem.

-Będziemy pertraktować – oznajmił donośnie zatrzymując się u podnóża góry.

-A za pertraktacje oddacie nam nasz kij – odgadł Kuba, lecz jego rówieśnik pokiwał głową przecząco.

-Ustalenie jego ceny dopiero przed nami – rzekł uśmiechając się lekko. – Oczekuję cię, tu, na dole.

-Chcę więc widzieć waszą dwójkę nieuzbrojoną – zażądał chłopiec.

-Nie mogę spełnić tego warunku – Zenek na zachętę jeszcze raz pomachał kijem. – Chyba, że sami odłożycie broń i przyjdziecie do mnie.

-Musielibyśmy zostawić naszą bazę – zauważył adwersarz. – To rozwiązanie również nie wchodzi w grę.

-Kto mógłby ją zaatakować? – zapytał chłopiec karcąc się za głupotę, w której nie poprosił siostry o pilnowanie obozu wroga.

-Przyjdź do nas nieuzbrojony – rozkazał Kuba.

-To ja dyktuję warunki – przypomniał Zenek władczo. – Mam coś, co należy do was. Zejdź na dół z karabinem, a ja zachowam swój. Będziemy negocjować z laserami na piersiach.

-Jeśli tak, zażądam, aby twoja siostra z własnej woli udała się do naszego obozu – chłopiec przesunął ręką po karabinie na wodę, tak, że z daleka wyglądało to, jakby go przeładowywał. – Szanse będą równe.

-Nie przyjmuję warunku – odrzekł czarnowłosy ostrzej. – Zejdź na dół. Przejdziemy się.

-Przejdziemy się, jeśli zostawisz swój karabin na ziemi. – Kuba nadal nie tracił nad sobą kontroli.

-Twoja siostra mogłaby go zabrać – zauważył.

-Julka nie zbliży się przez wzgląd na twoją siostrę – stwierdził rozmówca.

Zenek położył kij na podniesionym kolanie i popchnął oba jego końce w dół.

-Stop! – wrzasnął chłopiec zeskakując w dół zbocza, a później zatrzymując się i podnosząc ręce do góry. – Przystajemy na wasze warunki.

 

***

 

Zenek i Kuba szli środkiem drogi rozmawiając. Oboje dumnie wyprostowani, lecz z opuszczonymi ramionami. Żaden z nich nie próbował już zatrzymywać powietrza w piersiach. Oddychali głęboko, z radością przyjmując pojawiający się co jakiś czas wiatr i słońce coraz cieplejsze wraz ze zmniejszaniem się odległości od zenitu. Chłopcy śmiali się wzajemnie trącając w ramię lub popychając, a stanowczość z ich głosów bezpowrotnie zniknęła.

-Dobrze – Zenek postanowił wrócić do właściwego tematu. – Chciałbym przenieść się na Pola.

-Na Pola? – powtórzył Kuba podnosząc brwi – Dlaczego tam?

-Jest tam baza, zbudowana przez moich znajomych dawno temu, lecz teraz opuszczona.

-Chcesz, aby zastąpiła tamtą? – spytał chłopiec wskazując ręką za siebie.

-Nie o to mi chodzi – zaprzeczył. – Baza należy do nas i tam możecie teraz szukać patyka, jeżeli chcecie go odzyskać.

-To nie są negocjacje – zauważył Kuba z frustracją. – Chcemy dostać coś z zamian.

-Nie sądzę – Zenek na powrót przybrał swój oschły ton. – Dostaliście cenną informację. Jeżeli wygracie, dostaniecie o wiele więcej. To nie bitwa o kij, kolego. Stawka stała się o wiele większa, gdy znacie już położenie naszego imperium.

-Położenie nie jest dokładne. Nie znajdziemy was tak łatwo, jak byśmy chcieli, a ty dobrze o tym wiesz. Poza tym, wciąż nie wiadomo, czy nie zmyśliłeś sobie tej bazy, aby wywabić nas z tamtej i zająć jej.

-Musisz zaryzykować – Zenek uśmiechnął się łobuzersko wyjmując z torby butelkę z wodą. Gdy nacisnął na nią, strumień poleciał w stronę kolegi. – Czuj się postrzelony!

 

***

 

Zenek szedł szybkim krokiem, kilka razy prawie przewrócił się, potykając się o większe kamyki lub własne nogi. Przebiegł większą część dystansu, dlatego teraz z trudem łapał oddech, a wiedział, że Kuba z Julią będę deptać mu po piętach. Musiał dotrzeć na Pola przed nimi, a ważnym było, aby nie śledzili go w drodze do bazy. Przecinał kolejne ulice dzięki sieci wąskich ścieżek przebiegających między budynkami. Przeskoczył niski krawężnik, przebiegł krótki chodnik i wybiegł na kolejną ulicę równoległą do tej, na której rozgrywała się wcześniejsza bitwa. Ta, jak podejrzewał, będzie o wiele ciekawsza ze względu na różnorodność otoczenia. Okrążył głęboką dziurę w ziemi wypełnioną wodą i błotem, schylił się pod szeroko rozrastającą się choinką i minął dwa stojące obok siebie domki z małymi ogródkami. Jego prawa noga zaczepiła o niezauważoną przeszkodę i Zenek upadł na chodnik podpierając się rekami i lewym kolanem. Łzy zebrały się w oczach pod wpływem nadmiaru bólu, który niespodziewanie spadł na chłopca. Chciał złapać kolano, lecz gdy tylko musnął jego czubek, ostre pieczenie dotknęło zarówno nogi i obu dłoni. Zasyczał, dusząc jęk i przyłożył pięści do powiek wycierając je.

-Dasz radę wstać? – nadchodzący z góry troskliwy głos, zmusił go do otwarcia oczu.

Nad sobą ujrzał w średnim wieku kobietę o ciemnych, brązowych włosach i naznaczonej piegami twarzy o zachęcającym, lecz za słabym, aby mógł się na niego nabrać, uśmiechu. Często wymieniali ze sobą zwykłe „dzień dobry”, ale nigdy nie wdawali się w rozmowę, a więc znali się tylko z widzenia. Zenek wiedział, że kobieta jest matką jakiejś koleżanki Wiktorii, której imienia nie był do końca pewien.

-Masz szczęście, bo jestem pielęgniarką – oznajmiła wyciągając rękę w jego stronę. – Ale jeśli masz jakieś obrażenia wewnętrzne, będę musiała zawieść cię do szpitala.

-To tylko płytka rana – uspokoił ją Zenek, choć miał niejasne wrażenie, że to jego powinno się uspokajać i to właśnie robiła kobieta odpowiednio modelując swój delikatny głos.

– Dziękuję, ale poradzę sobie.

-Nie wygłupiaj się. – ostrzegła marszcząc brwi. – Ranę trzeba przemyć i opatrzyć, aby nie wdało się zakażenie. To może cię doprowadzić do amputacji nogi. Znam takie przypadki.

Zenek pokiwał głową i dźwignął się z pozycji leżącej. Przyjął dłoń kobiety i wstał z ziemi. Wbrew swym nadziejom, do jej domu musiał kuśtykać, bo palący ból w nodze nie pozwalał mu na inny sposób chodzenia, choć gdy jęknął mijając próg, udręczone spojrzenie lokatorki upewniło go w przekonaniu, że mogłaby przenieść go na rękach, gdyby tylko o to poprosił. Posadziła go na kanapie, pędząc po apteczkę i przy okazji nastawiając wodę na herbatę mimo jego grzecznych, acz stanowczych protestów. Gdy wróciła, przemyła rany chłopca wodą utlenioną, zmyła pył ze skóry wokół nich i przykleiła plastry. Zenek z utęsknieniem spoglądał na niezamknięte drzwi wejściowe oraz szerokie okna przez które dałoby się wymknąć. W końcu wzruszył ramionami odpowiadając na zadane w swojej głowie pytanie. Nie mógł uciec – ze względów moralnych, a więc ułożył się wygodnie na sofie.

-Jesteś bratem Wiktorii, prawda? – chciała wiedzieć właścicielka kanapy.

-Tak – odrzekł, a po chwili dodał. – Nazywam się Zenek.

-Mogę wiedzieć, gdzie tak się śpieszyłeś? – spytała kobieta upijając łyk gorącej herbaty.

-Biegłem do siostry – wyjaśnił czyniąc to samo. – Bawię się z nią i jej przyjaciółmi. Pewnie już się martwią.

-Dopijesz herbatę? – czarnowłosy z niesmakiem stwierdził, że zauważono jego zniecierpliwienie. – Paulina pojechała z tatą na zakupy i siedzę tu sama. Chciałabym znów mieć naście lat i biegać z kolegami po podwórku!

-Ja chciałbym mieć spokój – odrzekł Zenek z uśmiechem. – Praca starszego brata jest męcząca.

-Niewątpliwie – potwierdziła rozmówczyni. – Ja również byłam najmłodsza. Była nas czwórka. Ja, Danka, Zdzisiek i Piotrek. Co roku biegaliśmy po wsi, pryskając siebie i inne dzieciaki. Najlepsze lata dzieciństwa. Ty też będziesz za nimi tęsknił.

-Niewątpliwie – powtórzył chłopiec biorąc spory łyk owocowej herbaty i tym samym parząc sobie język. – Póki co, chciałbym być już dorosły.

-Niewątpliwe – kobieta uśmiechnęła się szerzej. – Ile lat ci zostało?

-Rok.

-Dobrze – tęskne westchnienie. – W takim razie nie możesz marnować czasu ze mną. Biegnij.

Zenek postawił na stół pusty kubek i podziękował grzecznie za herbatę i pomoc, a także rozmowę, która, jak zapewniał, wcale nie była według niego nudna. Wyszedł z domu pożegnawszy się z kobietą i pogłaskawszy leżącego na ziemi, brązowego buldoga. Ból w kolanie uniemożliwiał mu bieg, toteż z początku skakał na jednej nodze, jednak zrozumiawszy głupotę swojego pomysłu, przerzucił się na szybki chód, nadal kuśtykając. Z frustracją zauważył, że siostra nie czekała na niego pod pomnikiem. Zamiast tego, ujrzał obok niego kilka stokrotek, a kawałek dalej znów ich dużą grupę. Ruszył ich tropem.

 

***

 

Szedł wzdłuż dwóch ciągnących się przez prawie całe Pola czarnych rur doprowadzających wodę. Tędy prowadziła droga stokrotek, które rosły praktycznie wszędzie, a więc Zenek musiał umiejętnie rozróżniać rosnące od rozrzuconych. W końcu zmęczony wędrówką i bólem w nodze usiadł na trawie. Gdy odpoczął chwilę, wstał z ziemi i ruszył dalej, nagle jednak znajomy dźwięk zmusił go do ponownego rozejrzenia się. Kuba i Julia siedzieli na trawie całkiem niedaleko od niego prowadząc ożywioną rozmowę. Siedzieli obróceni twarzą do niego, toteż musiał kucnąć, aby go nie zauważyli. Po drugiej stronie zaś, za ich plecami koło drzewa stała Wiktoria. Nie zdołał powstrzymać uśmiechu podziwiając wytrwałość małej. Ona wciąż nie zauważała go jednak i właśnie znalazł bardzo efektowny sposób, by jej się pokazać.

-Dzień dobry, państwu! – wyszczerzył się szeroko wychodząc z ukrycia, z nakrętką butelki wycelowaną w przeciwników. – Mam nadzieję, że tęskniliście za mną.

Dwójka odruchowo sięgnęła po karabiny, lecz ich ręce zawisły w powietrzu, gdy koniec broni Wiktorii dotknął pleców Julii.

Kuba powoli odwrócił się, aby spojrzeć na swą siostrę i jednym szybkim ruchem wyrwał karabin Wiktorii. Dziewczynka uciekła z krzykiem, a ponieważ w Zenka były wycelowane już trzy karabiny, on również, tylko nieco ciszej.

-Gonimy ich! – krzyknął Kuba.

Zenek biegł najszybciej jak umiał, jednak z powodu rany na nodze nie mógł dotrzymywać siostrze kroku. Co jakiś czas zwalniała tempa dopingując go, lecz wrogowie byli coraz bliżej, a chłopiec czuł, że zaraz się przewróci.

-Leć przed siebie – wydyszał potykając się o kamień, a później znów zrywając się do biegu.

– Zobaczysz domek na drzewie. I wejdziesz tam…

Nie minęła chwila, a szczupła postać dziewczynki zniknęła mu z oczu, pozostawiając go na pastwę losu strzelających do niego wrogów. Zenek wiedział, że musi natychmiast wymyślić sposób ucieczki, jeśli nie chce zostać złapany, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Mógł spróbować wrócić na Rury, jednak wtedy opuściłby siostrę, a tego nie mógł uczynić. Nagle droga podniosła się do góry i znów opadła, a chłopiec skoczył w bok przywierając do ziemi. Dwójka przebiegła obok nie zauważając go.

-Było blisko – zaśmiał się chrapliwie, a później rozkaszlał.

Jeszcze chwilę oddychał ciężko, a później wstał, otrzepał ubrania i podniósł upuszczony wcześniej kijek. Zakładał, że Kuba i Julka niedługo będą musieli się zatrzymać ze względu na jego słabą kondycję, choć jeśli dobrze pamiętał, droga do bazy nie była znów tak długo. Natychmiast ruszył w drogę szybkim marszem i po chwili dostrzegł oddalone kontury ludzi. Stali w miejscu, toteż Zenek mógł okrążyć ich i stanąć po drugiej stronie. Gdy dotarł na miejsce, on również stanął urzeczony widokiem, choć przecież oglądał go tyle razy. Dość stromo opadająca kotlina głęboka na mniej więcej pięć metrów mieściła w sobie grube drzewo, którego konary opadały na ziemię u stóp Zenka. Widok z góry był niesamowity, zresztą z dołu również. Najpiękniej, jak przypominał sobie chłopiec, było tu jesienią, gdy kolorowe liście spadały z drzew, pokrywając trawę i ziemia w dole wydawała się miękka i falująca. Zenek uśmiechnął się, gdy Kuba wskazał na niego palcem i stanął na mocnym, lecz niespecjalnie szerokim konarze. Powoli stawiając stopę za stopą, zaczął posuwać się w stronę drzewa. Zakończył niebezpieczną wędrówkę przywierając do pnia drzewa, a później zaczął schodzić w dół po gęsto rosnących gałęziach. Od pewnego momentu obok niego zaczęła biec drabina, składająca się z przybitych gwoździami do kory, drewnianych desek. Chłopiec zszedł po niej. Na dole czekała siostra.

-Super – rzekła cicho, gdy zeskoczył na ziemię. – Czemu nigdy nie pokazałeś mi tego?

-Nie wiedziałem, czy jeszcze istnieje – zaśmiał się Zenek. – Wchodzisz?

-Drzewa nie są dla mnie – pokiwała głową. – Wolę ziemię.

-Żartujesz? – zapytał popychając ją w stronę drzewa .– Właź! Będę szedł za tobą.

Wiktoria niepewnie złapała drabinkę, która nieznacznie ruszyła się, gdy oparła na niej swój ciężar, lecz ruszyła dalej. Brat podążał za niej co chwilę łapiąc ją za ramię głównie po to, aby podtrzymać ją na duchu. Dotarli na górę i dziewczynka położyła się na dwóch splecionych ze sobą gałęziach. Tymczasem Kuba i Julia nadal stali niezdecydowani.

-Macie ochotę przyłączyć się do naszego klanu? – zapytał Zenek idąc w ich stronę po gałęzi kończącej się na wysokości piersi Kuby.

-Chyba nie mamy wyboru, brachu – zaśmiał się.

-Zarekwirujemy waszą broń – oznajmił chłopiec. – To teren, na którym jej posiadanie jest zabronione.

Julia wzruszyła ramionami odpowiadając na pytające spojrzenie brata i oboje oddali swe karabiny oraz trzeci, należące do Wiktorii. Zenek odniósł je do dziupli wydrążonej w pniu i pomógł wdrapać się na konar Julii, a później Kubie. W końcu cała czwórka wyłożyła się na gałęziach.

-Gdy mówiłeś o bazie, nie wiedziałem, że masz na myśli coś tak wspaniałego – zapewnił Kuba, wzdychając. – To miejsce jest wspaniałe!

Czarnowłosy pokiwał głową. On również podzielał zachwyt przyjaciół i pamiętał, jakie wrażenie zrobiło na nim drzewo, gdy pierwszy raz je odkrył i jaki nadal robiło. Wdrapał się wyżej i zerwał kilka cienkich, gałązek, po czym splótł je w dwa małe wianki. Wrócił na dół i zbliżył się do siostry.

-Na mocy danego mi prawa, mianuję cię władczynią Drzewa – rzekł wkładając wianek na głowę Wiktorii, następnie zbliżył się do Julii.

-Na mocy danego mi prawa, mianuję cię władczynią Drzewa – powtórzył wkładając jej na głowę drugi wianek.

Dziewczynka zaczerwieniła się, gdy obręcz zjechała jej na czoło i uśmiechnęła się lekko poprawiając jej ustawienie.

-Dziękuję – wyszeptała zakrywając usta ręką.

Jej brat wybuchnął śmiechem.

-A co z kijem? – zapytał wskazując na zaczepiony między gałęziami patyk.

-Może powinniśmy go tu zostawić? – znów odezwała się jego siostra. – I będziemy tu często wracać…

-To świetny pomysł – stwierdził Zenek i poważnie zastanowił się, czy czerwienienie się skóry Julii nie jest jakąś chorobą, gdy róż znów wystąpił na jej twarz.

-To gdzie go położyć? – chłopiec podniósł brwi, gdy Wiktoria stanęła na gałęzi zadając pytanie.

-Najlepiej tam – doradził Kuba wskazując miejsce, gdzie pień rozrastał się na cztery gałęzie, pomiędzy którymi powstała szczelina.

Zenek chciał zaprotestować, lecz siostra już zaczęła wdrapywać się wyżej. Zatrzymała się szukając gałęzi, której mogłaby się złapać. Znalazła ją, a więc ruszyła dalej. W pewnym jednak momencie dłoń, w której dzierżyła kij zsunęła się drzewa i dziewczynka zawisła.

-Wszystko dobrze – zawołała oplatając ręką grubszą gałąź. – Nic mi nie jest.

Zenek słyszał strach w jej głosie, a jednak siostra wspinała się wyżej. Oparła nogę o małą wypukłość w korze i jej barki znalazły się na jednym poziomie z celem wędrówki.

-Do zobaczenia za rok – szepnęła wtykając patyk we właściwe miejsce.

-Do zobaczenia, królowo – zaszumiały drzewa.

Tekst i foto: Martyna Borowiecka