Gdy zabłyśnie pierwsza gwiazda…

23 grudnia 2014

U Pawelczyków Święta Bożego Narodzenia obchodzi się od lat wedle utartej tradycji. Niezmiennie mistrzem ceremonii jest Stefan, senior rodu zamieszkujący z małżonką Emilią w jednej ze starszych dzielnic Świętochłowic.

 

Stefan, od wielu lat emeryt, całe bez mała życie przepracował jako tokarz w warsztatach jednej z nieistniejących już kopalń. Dochowali się z Emilią dwóch córek, Renaty i Urszuli. Renacie z mężem Jerzym nie było dane, nie wiedzieć czemu, doczekać potomstwa, za to Urszula i jej Robert posiadają dwoje dorastających pacholąt – 9 letniego Janka i 13 letniego Zygmunta. W takim to składzie cała rodzinka spotyka się od lat w Boże Narodzenie, niezmiennie w familoku u Stefana i Emilii. Dla Stefana święta zaczynają się już nieco wcześniej.

Co roku, wprowadzając się z wolna w podniosły nastrój, zaczyna od kupna choinki i kilku karpi. Emilia starała się go niejednokrotnie przekonać, że można przecież raz kupić sztuczną choinkę, nie musiał by wtedy biegać za naturalną, nadwyrężając każdego razu emerycki budżet. – Sztuczne, Milka, to jo mom zymby, boch jest żech już na tyla stary, że czynściyj je trzymia w szklonce, zamiast w gymbie, ale choinka sztuczno być nie musi – argumentuje Stefan i wszelkie nakłanianie go do zmiany poglądów w jego starannie poukładanym świecie nie ma najmniejszego sensu. Tak samo kilka dni przed świętami w wannie, aluminiowej z braku łazienki w familoku, muszą pływać karpie. Troskliwie ich wtedy dogląda, zmienia wodę, czasem coś tam nawet do nich mamrocze pod nosem. Oczywiście nieszczęsne karpie będąc po wyroku, kończą zwój żywot we właściwym czasie, a sam akt ich pozbawienia go, też jest tradycyjnym rytuałem. Stefan dokonuje tego aktu krótko po osadzeniu choinki w specjalnym stojaku. Gdy ta stoi już dumnie w pokoju, martwe karpie wędrują w ręce Emilii do właściwej „obróbki”. – Sztefan, czyś Ty je aby do porzondku pozabijoł? Łone mi cołki czas sam skokajom na stole! – jak co roku wyraża swe obawy Emilia.

Gdy karpie już odpowiednio przyprawione, i przygotowane do smażenia, pora na takowe przygotowanie zakupionej w porę gęsiny. Dla Stefana bowiem bez gęsi nie ma świąt. Dla pozostałych członków familii zresztą też nie.

– Łostanio mi tyn śpik z naprzeciwka, no wiysz Milka kery, tyn Lucek, padoł, że łon na świynta żodnyj gynsi jejś niy bydzie ino się kupi indyka. Łon sie zaś musioł tych amerykańskich filmów nałoglondać. To dojś, że sie jeszcze niy kupi ku tymu hamburgera! – Stefan ukochał wszystkie dawne tradycje ugruntowane przez lata i żadnej ich modyfikacji nie uznawał.

Robił też wszystko, aby je zaszczepić głęboko w świadomości następnego pokolenia i niczego tak się nie obawiał, jak ich powolnego zaniku. W dzień wigilii także osobiście stroi choinkę, potem szykuje odświętny, podłużnie rozkładany stół, ustawiony w równie podłużnej, dużej kuchni, a wokół niego solidne, wygodne krzesła. Emilia tymczasem krząta się wokół pieca emanującego przyjemnym ciepłem. Cztery wiaderka węgla Stefan w porę przytachał z piwnicy. Gdy wszystko jest już należycie przygotowane, wypatruje z okna pierwszej gwiazdy, włączając uprzednio cichutko radio, by posłuchać kolęd. Denerwuje się tylko nieco, by aby ktoś z rodzinki nie przybył za późno. Gdy się już wszyscy zbiorą i zasiądą do wigilii, rozpoczyna ją krótką modlitwą. Pilnuje też, by nikt nie ważył się wchodzić do pokoju, gdzie lada moment pojawi się dzieciątko z prezentami. Dla Jasia jest to zwykle podniosła chwila. Gdy upora się wreszcie ze zjedzeniem tradycyjnej siemieniotki i zupy na rybich głowach, pozostaje już smaczniejszy znacznie kawałek karpia czy kapusta z grzybami, popite kompotem ze suszonych śliwek, no a potem moczka i makówki. Stefan po kolacji wymyka się dyskretnie i za chwilę z pokoju dobiega metaliczny dźwięk dzwoneczka. To dzieciątko przyniosło prezenty i spieszący się pod choinkę Janek tylko dlatego nie zdążył je zobaczyć, bo bardzo spieszyło się do innych dzieci. Pozostało jedynie nie domknięte jeszcze do końca okno, którym wyfrunęło…Teraz krzesła wędrują z kuchni do odświętnego pokoju a Stefan nieodmiennie intonuje gromkie „Bóg się rodzi, moc truchleje…”. Janek zwykle zostaje u dziadków na noc i nic nie sprawia mu tyle radości, co spanie na kozetce, nieopodal pachnącej choinki. Jeśli zdarzy się śnieg, udają się całą rodzinką na pasterkę. Jeśli nie, spotykają się po świątecznym nabożeństwie na uroczystym obiedzie. Wtedy już na schodach pachnie smażoną gąską…

PiGall