Dożynki – by szacunku do jedzenia i do pracy na roli nauczyć

28 sierpnia 2017

Zwane też żniwne, albo na Śląsku żniwniok – wielkie święto ku czci plonów. Powód do radości?

 

Nie inaczej! Dawne dożynki takimż powodem właśnie bywały, a w szczególności, gdy obfitość płodów rolnych była wielka. Były świętem, w trakcie którego rolnicy i wszyscy mieszkańcy wsi radowali się dlatego, iż będą mieli co jeść, by kolejny rok przetrwać.

Dziś uczestnicy tak chętnie organizowanych – co interesujące imprez dożynkowych w miastach (!) podziwiają kolorowe widowisko z barwnym rozśpiewanym korowodem, pięknie wystrojonymi na ludowo paniami, wygalowanymi świątecznie panami. Tańczą, śpiewają, ucztują. Jest wesoło, ładnie, miło. Nikt, jak sądzę, albo niewielu, zastanawia się dlaczego dożynki się zadziały, po nam one, a szczególnie właśnie w mieście? By podejrzeć nieco wiejskich zwyczajów?

Jak mówi słynny śląski gawędziarz Marek Szołtysek, dziś dożynki mają jakiekolwiek uzasadnienie, jeśli zaczniemy mówić o nich w kontekście głodu na świecie. – To taka moja dosyć odważna teza – tłumaczy Marek Szołtysek. – Dożynki to czas zabawy po całorocznej ciężkiej pracy w polu, w sadzie, ogrodzie – święto o charakterze religijnym, ale głównie psychologicznym. Były taką nagrodą za coś, co się udało, takim oddechem od trudniej niekiedy codzienności, radością, że przeżyjemy do następnej wiosny – mówi gawędziarz.

Zdaniem Marka Szołtyska dziś obserwatorzy imprez dożynkowych tak naprawdę nie mają pojęcia z czego tak bardzo cieszyli się mieszkańcy wsi. – Żyjemy w wygodnych domach, mieszkaniach, gdy jesteśmy głodni, otwieramy lodówkę i niekiedy z niesmakiem stwierdzamy, że jest pusta, bo jest w niej na przykład tylko masło, dżem i chleb. Kiedyś ludzie jedli tylko chleb, kiedy jeszcze mogli pozwolić sobie na jakaś omastę – chociażby smalec do niego, to uważali, że to jest już jadło iście królewskie. To był powód do radości, z której bierze się właśnie to świętowanie dożynkowe. Był chleb w komorze to znaczy, że było z czego go upiec, bo plony były obfite, a zatem jest się z czego cieszyć  – podkreśla Marek Szołtysek.

Dożynki przypadały zawsze po żniwach przeważnie między 15 sierpnia, a 23 września. Charakteru religijnego nabrały w czasach prasłowiańskich. Zdaniem Marka Sołtyska kalendarz dożynkowy być może ukształtowałby się inaczej, gdyby do Polski i na Śląsk wcześniej „przywędrowały” kartofle, bo zbiór kartofli to także radość – kolejna obok chleba, która pozwalała przeżyć kolejny rok. – Co ciekawe – nie czekamy z dożynkami do momentu aż się wykopie wszystkie kartofle, potem jest przecież jeszcze kapusta, a zatem mówiąc o dożynkach, chodzi raczej o pewną symbolikę tego zboża, które jest podstawą egzystencji – wyjaśnia pan Marek.

Jak uważa Marek Szołtysek, dziś chleb nie jest zbytnio ceniony. – Połowa ludzi się odchudza, a chleb jest przecież kaloryczny, ale jest w nim coś takiego, że na dłuższą metę bez niego ani rusz. Starsi ludzie mówili, że z chleba jest siła, tego nie wiem, ale tak powiadali, była ta świadomość, że chleb to dobro. Przed podzieleniem między domowników bochna robili na nim znak krzyża. To dowód, jak święty dla nich on był. Do dziś tak jest, że osoby starsze kiedy mają chleb, to są szczęśliwe, spokojne – dodaje. – Wytworzyło to taką obsesję można powiedzieć, że jeśli mamy to zboże, to mamy ten chleb, możemy to zboże na różne sposoby wykorzystać, a potem jako dodatek to jakaś marchew, kapusta, kartofle, czy świnia zabijana na święta i jakoś damy radę. A dziś co my robimy? Tu długi weekend, to może gdzieś pojedziemy? Albo wakacje, albo na święta może na narty skoczymy, nie zastanawiamy się nad naszą egzystencją, bo przecież na pewno przeżyjemy. To jest oczywiste. Może zachorujemy, może zdarzy się jakiś wypadek, ale żeby nie przeżyć z powodu braku chleba? W naszej kulturze europejskiej, naszej części świata, jak sądzę, niewielu ludzi się nad tym zastanawia, to jest niemożliwe, więc jak mamy zrozumieć dożynki? To czysty festyn – uważa pan Marek. Jednak jak zaznacza, są na świecie ludzie, którzy umierają z głodu. Ci którzy mają jedzenia pod dostatkiem, nigdy tego nie zrozumieją, co więcej niejednokrotnie to jedzenie marnują, bo na przykład kupią za dużo, a potem im się zepsuje. – Widziałem ostatnio, jak przed sklepem leżał kabanos. Nawet pies nie chciał go zjeść! Byłem niedawno na wakacjach, ktoś wyrzucił dwie kanapki i proszę mi wierzyć te kanapki leżały tak na parapecie chyba z tydzień i nikt się nimi nie zainteresował. Czy u nas już nawet nie ma głodnych psów?

Marek Szołtysek mierzy się jeszcze z jedną smutną dziś prawdą – prawdą o braku doceniania samego świętowania. – Po co dziś mamy czekać na okazję? Pójdę sobie po pracy do baru i mogę mieć święto codziennie. Dobrze zarabiam, to po co mam czekać na święto, jak weekend jest co tydzień. W takim układzie zatracają się uroczyste obchody świąt, ich smak i niecierpliwe na nie wyczekiwanie – kwituje.

Miejmy jednak nadzieję, że dzięki imprezom dożynkowym, takim jak na przykład te w Muzeum „Górnośląskim Parku Etnograficznym w Chorzowie” poza doznaniami widowiskowo-biesiadnymi wywołają w nas chwilę refleksji nad ich prawdziwym sensem. Spojrzymy z szacunkiem na radujących się w tym dniu rolników, docenimy ich pracę, bo dzięki nim mamy w naszej spiżarni chleb. – Opowiadamy o tym, jak dawniej wyglądały dożynki na wsi, ale opowiadamy też o młynarstwie, bo przecież ono nierozerwalnie łączy się z świętem plonów – mówi Angelika Nowicka z Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”. – Przedstawiamy proces, jaki musiał się zadziać, żeby dożynki mogły się odbyć: obsiewanie pól, sianokosy, zbiory zboża, które trafiało do młyna, mielenie mąki, wypiekanie chleba, który potem zanosiło się poświęcić w trakcie mszy dożynkowej. Mam nadzieję, że dzięki temu odwiedzający przekonają się, ile trudu wymaga praca na roli i dostrzegą w naszych dożynkach coś więcej, a nie tylko kolorowy spektakl – mówi.

Tekst i foto: Hanna Grabowska-Macioszek