Dla turystów i narciarzy

9 grudnia 2014

W górach podobno od dawna śnieg! Pierwsi narciarze pojawili się tam już zatem z końcem listopada. Zbliżający się okres świąteczno-noworoczny zachęca do krótkich wypadów, by oddać się białemu szaleństwu. Trzeba korzystać z uroków zimy i choćby weekendowo wybrać się do Karpacza.

 

Karpacz – miasto położone w Karkonoszach w dolinie rzeki Łomnicy , niedaleko granicy czeskiej, z którego można wybrać się na niedaleką wycieczkę do Pragi. Z Katowic do Karpacza pojedziemy około 300 kilometrów. Autostrada do Wrocławia zapewni nam niezrównany komfort jazdy. Nieco gorzej sprawa wygląda za Wrocławiem, ale da się to przeżyć.

Przez wytrawnych narciarzy miasto nazywane noclegownią narciarską Czech – Karpacz proponuje bardzo bogatą ofertę tras narciarskich dla tych, którzy „stawiają na nartach pierwsze kroki”, tych, którzy na stoku nie czują się jeszcze dość pewnie, lub tych którzy po całonocnym imprezowaniu nie mają zbytnio siły, by za dnia szaleć na śniegu. Ci, którzy są zaprawieni w narciarskich bojach, mogą tu popracować nad doskonaleniem techniki jazdy, bo jeżeli nastawiają się na poważne jeżdżenie – rozczarują się. Za to po czeskiej stronie granicy z pewnością zaspokoją swoje wymagania.

Miasto idealnie nadaje się na romantyczne wypady we dwoje, bo znajduje się tu sporo ustronnych kawiarenek i zacisznych zakątków. Osławiona na cały niemal świat Świątynia Wang, majestatycznie górująca nad miastem to wymarzone miejsce na randkę, czy ślubny plener – no może niekoniecznie przy – 10 stopniach Celsjusza, ale latem, czy nawet późną jesienią, jak najbardziej. Bo Karpacz nie tylko zimą jest tłumnie odwiedzany przez turystów. Amatorów górskiej wspinaczki na pewno przyciągnie tu chęć zdobycia Śnieżki (1602 m n.p.m.), a ci którzy wolą mniej ambitne wyzwania, mogą wybrać się chociażby do Kruczych Skał, Muzeum Sportu i Turystyki, Muzeum Zabawek, Wioski Counry, czy sztolni w pobliskich Kowarach. W Karpaczu nie sposób się nudzić. Każdy znajdzie tu rozrywkę dla siebie, dlatego nie tylko zakochani powinni się tu zajrzeć. To miejsce równie dobre dla wyjazdu ze znajomymi, jak i całą rodziną.

Chcąc połączyć pewnego razu te trzy opcje, wybrałam się do Karpacza z mężem i córką oraz całą ferajną znajomych. Jak to w przypadku takich eskapad bywa, pobyt obfitował w masę zabawnych wydarzeń. Tym, które najbardziej utkwiło całej ekipie w pamięci, to odwiedziny w jednej z tamtejszych gospód, do której udaliśmy się na obiad. Na pozór zwykła góralska karczma – taka jakich wiele. Pani kelnereczka ubrana w przepiękny ludowy strój już od wejścia nawołuje gości: „A zapraszam szanownych państwa na pyszne swojskie jadełko”. Po takim zaproszeniu każdy by się skusił, szczególnie wtedy, gdy kiszki grają marsza. W środku miło, ciepło, pachnie smakołykami regionalnej kuchni. Upatrzyliśmy sobie dogodny stolik, podchodzimy do baru, by zamówić posiłki i gdy przychodzi do płacenia…czar pryska. Najtańsza porcja, którą zamówiliśmy, kosztowała 54 złote od osoby. Ja jako ostatnia podeszłam do baru, nieświadoma do końca tego, ile zapłacę, bo cennik był według wagi, zamówiłam plaster szynki z sosem czosnkowym. „A ziemniaczki do tego?” – pyta kelnerka. „A to dwa poproszę” – odparłam. „Pani kochana to musi być porcja” – wytłumaczyła i „łubudu” mi na talerz całą kopyść ziemniaków. Nie chciało mi się już z nią kłócić, nawet wtedy gdy o mało co na zawał serca nie umarłam, gdy powiedziała, ile mam zapłacić. Trudno. Jakoś to wszyscy przełknęliśmy, choć nie ukrywam, byliśmy wściekli.

W milczeniu spożywaliśmy swój posiłek, kontemplując jego cenę. Niewątpliwie obiad ten na długo pozostanie w naszej pamięci i to nie tylko ze względu na cenę. Wystrój knajpy można powiedzieć był szokujący. Dobrze, że moja córka jest jeszcze mała i wielu rzeczy nie rozumie, ale ze starszym dzieckiem – nie polecam odwiedzania tego lokalu. Zbulwersowały nas obsceniczne ogromne rzeźby nagich diabłów i diablic. W miejscu przeznaczonym do konsumpcji takie „eksponaty” są w moim odczuciu niesmaczne? To nie agencja towarzyska, żeby nie powiedzieć brzydziej, tylko restauracja. Już sobie wyobrażam, jakby Magda Gessler odwiedziła to miejsce – wszystkie diabły bez wątpienia zostałyby wykastrowane.

Naszym „gwoździem do trumny” był fakt, że dodatkowo nas za parking skasowali. No cóż – siła złego na jednego, jak to mówią.

Niemniej jednak wizyta w tej knajpie był to niewątpliwie największy hit naszego wyjazdu. Będzie co wspominać. Nie zniechęciło mnie to bynajmniej by co roku w okresie zimowym odwiedzać Karpacz. Do czego i was, Drodzy Czytelnicy, gorąco zachęcam. Ja z pewnością się tam wybiorę i w tym sezonie.

Tekst i foto: Hanna Grabowska-Macioszek